Kilka słów od Autorki: I tak pojawiam się z kolejnym rozdziałem, gdzie na scenę wejdą kolejne postaci. Tak więc poznajcie się;) Nie przedłużając zapraszam do lektury. Do następnego razu.
6.
Minął miesiąc od napaści Karla. Karen w ciągu tych czterech tygodni zdołała dojść do siebie, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Z pełną stanowczością stwierdziła, że istoty nadprzyrodzone nie istnieją, a jej niespodziewany wybawca nie był żadnym Księciem Ciemności. Przekonała samą siebie, że za sprawą stresu i przerażenia, jakie wywołało w niej spotkanie oko w oko z niebezpiecznym zwyrodnialcem, po prostu sobie to wszystko wyobraziła, albo źle zrozumiała mężczyznę i nie dostrzegła w odpowiednim momencie dowcipu. Właściwie nie była nawet pewna, czy ten mężczyzna w ogóle istniał. Możliwe, że straciwszy przytomność, to wszystko jej się przyśniło. A pod wpływem silnych przeżyć wzięła sen za rzeczywistość. Z tym przekonaniem dzień po dniu odzyskiwała pełnię zdrowia.
Doszła nawet do wniosku, że zachowała się w stosunku do brata zbyt surowo. Za bardzo wzięła do siebie książki o demonologii, bo przez nie ponownie zaatakowały ją irracjonalne myśli o diabłach. A właściwie o jednym diable, który obiecał nie dać jej spokoju. Tylko, że w ciągu tego miesiąca nic się nie działo. Nie napadały ją żadne demony, ani nawet złośliwe rzeczy martwe i nic nie wskazywało, by to miało się zmienić. Wręcz przeciwnie. Z każdym mijającym dniem zapominała o swoim dziwacznym lęku i wracała do normalnego życia. Zaprzestała snuć niepoważne teorie, a jej jedynym zmartwieniem było dotrzymanie terminu redagowania tekstu do kolumny przez nią prowadzonej w gazecie i wojna o wyrzucenie z domu kota, którą niestety przegrała. A właściwie poddała się mając dość kłótni z Joshuą, który nie odpuszczał. Dla świętego spokoju, w końcu zgodziła się na zatrzymanie zwierzęcia pod warunkiem, iż Josh będzie trzymał kota z daleka od niej i zaprowadzi go na badania weterynaryjne, by sprawdzić, czy nie ma wścieklizny. Przystał na te warunki i obiecał, że nawet nie zauważy jego obecności w domu. Jak na razie dotrzymywał słowa i Karen nie natknęła się jeszcze na nowego domownika, który ku jej zdziwieniu był zdrowy, jak ryba, co potwierdził weterynarz. Lekarz stwierdził jedynie, że Behemot jest najbardziej temperamentnym kocurem, jakiego przyszło mu spotkać, ale można go okiełznać. Tylko, że tresurą muszą zająć się oni. A właściwie Josh, bo ona nie miała zamiaru stykać się z tym małym drapieżcą. Przeczuwała jednak, że ten stan rzeczy nie potrwa długo i to tylko kwestia czasu, gdy natknie się na Behemota.
Chcąc chociaż na chwilę zapomnieć o nowym mieszkańcu domu, Karen w kwietniowy, piątkowy wieczór postanowiła po pracy wstąpić do baru swoich przyjaciół i spędzić z nimi trochę czasu. Przyszła do „Riddle & Finns” także z ciekawości. Od blisko tygodnia jej przyjaciółka wspominała o mężczyźnie, który odwiedza ich bar. Lorena określiła go mianem seksownego Adonisa, czym wywołała u przyjaciółki atak niepohamowanego śmiechu. Lorena od zawsze interesowała się mitologią i niektórych określeń z niej zaczerpniętych używała w codziennym życiu.
- Czyżbyś planowała porzucić męża dla jakiegoś bożka? – spytała rozbawiona.
- Adonis nie był bogiem, ignorantko – wyjaśniła ruda z ekscytacją. Była w swoim żywiole. – Tylko śmiertelnikiem, pięknym młodzieńcem, w którym zakochała się zarówno Afrodyta, jak i Persefona. Obie chciały go mieć tylko dla siebie. Jak to w życiu bywa, Persefona intrygantka zdradziła Afrodytę przed Aresem, który go zgładził. Umierającego znalazła Afrodyta i poprosiła Zeusa o jego wskrzeszenie. Tylko, że nie zgodziła się na to Persefona, która mówiła, że Adonis umarł i teraz należy do królestwa umarłych, czyli tym samym do niej samej. Zeus oczywiście poszedł na ustępstwo. Wskrzesił młodzieńca i zarządził, że jedną trzecią roku spędzi z Persefoną, jedną trzecią z Afrodytą, i jedną trzecią tam, gdzie chce. A Adonis zawsze wybierał Afrodytę.
Karen słuchała opowieści Loreny z uwagą i jednoczesnym rozbawieniem. Uwielbiała oglądać przyjaciółkę, kiedy z ekscytacją o czymś opowiadała.
- Nie martw się, Lore. Nie wydam cię tak jak Persefona. Chociaż powinnam być lojalna i przed Shanem. Też jest w końcu moim przyjacielem – oświadczyła z szerokim uśmiechem.
- Kiedy wcale nie mówiłam tego z myślą o mnie. Tylko o tobie – wyznała odwzajemniając uśmiech.
- O mnie? – zdziwiła się i momentalnie przejrzała plany przyjaciółki. – A co mnie do tego?
- Kiedy ostatni raz byłaś na randce? – spytała z błyskiem w oku, a Karen oniemiała. Tak, jak podejrzewała, Lorena właśnie próbuje ją swatać.
- O nie! Zapomnij! Nie jest mi do szczęścia potrzebny żaden mężczyzna, a już szczególnie Adonis. Nie potrzebuję więcej komplikacji w swoim życiu – oznajmiła szybko nie dopuszczając Loreny do głosu, ale w końcu przyjaciółka i tak się przebiła.
- A Andrew? – spytała wysoko unosząc brwi i z wyjątkowo irytującym uśmieszkiem.
- To tylko kolega – odparła chcąc uciąć dalsze spekulacje, ale po minie Loreny domyśliła się, że nie była przekonująca. – Poważnie.
- Jasne. I dlatego flirtujecie ze sobą na każdym kroku, a on cię pożera wzrokiem. Zresztą ty jego też – dodała najwyraźniej dobrze się przy tym bawiąc.
- Nie prawda!
- Nie oszukasz mnie, mała! Widzę, co się święci – stwierdziła rozbawiona. – Swoją drogą lubisz, kiedy tak do ciebie mówi, co? Mała!
Karen oniemiała wpatrywała się w przyjaciółkę, po czym ze śmiechem obrzuciła ją kilkoma orzeszkami.
- Jesteś okropna! I nie. Nie chcę oglądać żadnych Adonisów. Zdecydowanie nie.
- No, tak. W końcu Andrew może poczuć się zazdrosny – zasugerowała nadal się śmiejąc.
- Jeszcze słowo i cię uduszę – pogroziła udając urażoną.
- Dobrze, ale chociaż wpadnij. Zerkniesz i sama ocenisz, czy nie masz ochoty na „takie” komplikacje – kusiła z irytującym uśmieszkiem tak długo, aż Karen w końcu obiecała, że przyjdzie tylko i wyłącznie spojrzeć na nieznajomego, zwłaszcza, że po ostatnim nieudanym związku nie miała ochoty na spotkania z mężczyznami. Uznała w końcu, że nic jej się nie stanie jeśli tylko zerknie na domniemanego Adonisa. W końcu to nie Amor, by ustrzelił ja swoją miłosną strzałą.
I tak siedziała teraz na wysokim barowym krześle popijając zrobionego przez Shanea drinka. Nie wystroiła się, jak zasugerowała jej Lorena, tylko ubrała w pierwsze lepsze rzeczy, jakie znalazły się pod ręką; czarne rurki, czerwoną bluzkę z niewielkim dekoltem i wygodne półbuty na małym obcasie. Włosy pozostawiła rozpuszczone i tym samym układające się w artystyczny nieład. Wyglądała schludnie i to wystarczyło w jej ocenie. Lorena nie skomentowała jej zwyczajnego stroju, tylko westchnęła rozkładając ręce w geście poddańczym.
Od dłuższego czasu obserwowała wchodzących do baru mężczyzn. Lorena robiła to samo i tylko wzdychała, kiedy kolejny przybysz nie okazał się tym oczekiwanym. Karen wcale by się nie zdziwiła, gdyby mężczyzna dzisiejszego wieczoru akurat nie przyszedł. Właściwie wcale jej na tym nie zależało, czego nie można powiedzieć o Lorenie. Jej wyraz twarzy wskazywał, że zaczęła się usilnie modlić, żeby w końcu się pojawił.
Karen przyglądając się młodym mężczyznom stwierdziła, że jest na sali kilku, którzy sprawiali wrażenie dość interesujących, lecz nie na tyle, by porzuciła swoje postanowienie o nie angażowaniu się w głębsze relacje niż koleżeńskie.
Zbliżała się powoli północ, a oczekiwanego osobnika, jak nie było, tak nie ma. Karen odprężyła się i przeciągnęła leniwie na zajmowanym przez siebie krześle. Odetchnęła z ulgą. Przynajmniej Lorena nie będzie mogła jej zarzucić, że nie wykazała ani odrobiny zainteresowania. Przyszła, czekała, a że mężczyzna nie pojawił się nie było jej winą. Najwyraźniej miał dzisiaj ciekawsze zajęcie niż przesiadywanie w barze.
- Chyba już nie przyjdzie – przyznała ruda zawiedziona.
- Trudno – odparła z lekkim uśmiechem. – Widocznie nie jesteśmy sobie pisani.
- To, co dziewczyny? Na pocieszenie jeszcze jeden seks na plaży? – mrugnął Shane z rozbawieniem stawiając przed nimi po drinku.
Roześmiały się.
- A dasz radę nam obu, kochanie? – spytała Lorena unosząc powątpiewająco brew w górę.
Shane przybrał udawaną maskę oburzenia.
- Jak ty mnie nie doceniasz, Lore – oznajmił z przekąsem, po czym pocałował namiętnie żonę.
Karen uśmiechnęła się. Tych dwoje nadal zachowywało się, jak para zakochanych nastolatków uwielbiających się ze sobą droczyć. Uroczy widok.
Mężczyzna, gdy tylko oderwał usta od ust żony spojrzał z szelmowskim uśmiechem na ich przyjaciółkę.
- Ty też masz jakieś wątpliwości? – zapytał puszczając jej oczko. – A może mam je rozwiać?
- Nie kuś, Shane – odparła pogodnie na propozycję i także do niego mrugnęła.
Shane i tak nie miał dalszej okazji, by wodzić ją na pokuszenie, bowiem zainteresowanie wszystkich na sali przykuł ktoś wchodzący do baru. Twarz Riddla odzwierciedlała nie małe zaskoczenie. Karen siedząca już tyłem do wejścia pomyślała, że w końcu pojawił się kochanek Afrodyty, ale nawet jej przyjaciółka otworzyła usta oniemiała. Nie było widać po niej żadnej ekscytacji, jedynie ogromny szok. Z czystej ciekawości odwróciła się, by zobaczyć, co wywołało ten stan w jej przyjaciołach. Ku jej zdumieniu zobaczyła najdziwaczniejszych osobników, jakich kiedykolwiek było dane jej oglądać. Miała wrażenie, że cofnęła się do innej epoki.
Do „Riddle & Finns’ weszła czwórka gości; kobieta, dwóch mężczyzn i nastoletni chłopiec. Nawet nie tyle weszli, co wkroczyli robiąc przy tym sporo zamieszania. Już nie sama aparycja przybyszy, ale także ich zachowanie wzbudzało niemałą sensację.
Kobieta o czarnych jak smoła, splątanych włosach, które wyglądały, jakby od dawna ich nie czesała mogła być w wieku Karen. Ubrana – choć słowo ‘ubrana’ w tym wypadku jest stanowczo przesadzone – jedynie w metalowe spirale, które okręcone zostały na biuście i okolicach łona, a jej dłonie ozdabiało pełno bransoletek i pierścionków. Twarz kobiety w dużej mierze przypominała porcelanową maskę; usta w odcieniu zgniłej śliwki odznaczały się na tle szarawej cery, podobnie jak duże, głęboko osadzone oczy obrysowane aż pod sam łuk brwiowy czarnym cieniem i wieńczące je bardzo długie rzęsy, które sprawiały wrażenie sztucznych. Całe lico nieznajomej upodabniało ją do porcelanowej lalki, która potrafi ruszać jedynie oczami; pustymi oczami bez głębi.
Karen w dzieciństwie zawsze bała się tych lalek. Odnosiła bowiem wrażenie, że one w ciągu dnia ją obserwują, a nocą ożywają. Miała kiedyś taką zabawkę, ale bardzo szybko rodzice widząc strach, jaki wzbudzała ona w ich córce, oddali ją na jakąś aukcję dobroczynną. Blondynka nigdy więcej jej nie zobaczyła i szybko zapomniała o strachu, jaki w niej wzbudzała. Oczywiście było to wynikiem jej dziecięcej wyobraźni. Teraz, kiedy stała się dorosłą kobietą potrafiła trzymać fantazję na wodzy i starała się podchodzić do życia racjonalnie. Tylko, że teraz widząc roznegliżowaną kobietę odniosła takie samo wrażenie, jak w dzieciństwie w obecności blondwłosej, lokatej lalki. Jednak w przeciwieństwie do zabawki, nieznajoma nie tylko ruszała oczami, ale także potrafiła wydawać z siebie dźwięki; śmiała się szaleńczo i zaczepiała niektórych gości lokalu, którzy z nieukrywanym przerażeniem odsuwali się z zasięgu jej wyciągniętych dłoni zwieńczonych długimi i ostrymi jak szpony, czerwonymi paznokciami. Kobieta bardzo przypominała ową lalkę, ale nie tą za dnia siedzącą nieruchomo jak posąg, tylko tą z wyobraźni Karen, ożywającą wraz z nadejściem nocy. Zapewne, gdyby wpadła na nią na ulicy w ciemną noc zaczęłaby krzyczeć z przerażenia.
Z kolei dwaj mężczyźni – jej towarzysze – sprawiali jeszcze bardziej piorunujące wrażenie i pobudzali mroczną stronę wyobraźni. Ich wygląd odbiegał znacznie od normalności, a przynajmniej ubiór, który na sobie mieli ogromnie się do tego przyczyniał.
Jeden z nich był postawnym murzynem o nienormalnie wysokim wzroście; mógł liczyć nawet powyżej dwóch metrów wysokości, co dawało mu miano olbrzyma. Miał na sobie czerwony żołnierski mundur z czarnymi, sięgającymi kolan ciężkimi buciorami, co jeszcze bardziej nadawało mu groźnego wyglądu. Jednakże już złota korona znajdująca się na czuprynie rudych, kędzierzawych włosów sprawiała, że w całości prezentował się dość komicznie, a zarazem szaleńczo.
Drugi z przybyszów stanowił jego przeciwieństwo, ale nie brakowało w nim detali, które wyróżniałyby go z tłumu. Był to mężczyzna średniego wzrostu, normalnej budowy ciała, o popielatych włosach wpadających w odcień siwizny, zaczesanych starannie i związanych w elegancką kitę tuż przy karku; mający białą, niemalże kredową karnację, która sprawiała, że wyglądał jak jakaś zjawa, albo duch. Karen nie była pewna, czy nie jest to jej przewidzeniem, ale mężczyzna ten miał płomienno-czerwoną barwę oczu. Ten szkopuł można jednak było racjonalnie wyjaśnić. Blondynka uznała, że musi być albinosem, stąd ta cała niecodzienna fizjonomia. Jednakże strój, który miał na sobie odbiegał znacznie od współczesnych trendów; ciemnozielony wcięty w pasie i rozpinany z przodu męski żakiet z długimi, ukośnie ściętymi pałami i wyłożonym kołnierzem, oraz dobranymi pod kolor spodniami, a na nogach wysokimi kozakami. Cały wizerunek nieznajomego przywodził na myśl, jakiś królewski ród, tylko, że dawnej świetności. Zapewne, gdyby były tamte czasy, mężczyzna stanowiłby wzór elegancji i stylu, ale teraz mógł uchodzić jedynie za dziwaka.
Obaj skierowali się do wolnego stolika blisko baru, gdzie zajęli miejsca, wodząc po pomieszczeniu dzikimi i jakby wygłodniałymi spojrzeniami. Nie minęło dużo czasu, kiedy dołączył do nich chłopiec.
Nastolatek usiadł zaraz przy płomiennookim, który mógł być jego ojcem. Miał równie jasne choć nieco krótsze włosy niż mężczyzna i tak samo kredową skórę. Chłopiec z kolei miał na sobie śnieżnobiały gruby sweter, spodnie w tym samym kolorze, podobnie jak tenisówki. Jedynie jego oczy wyróżniały się na tle wszechogarniającej bieli i stanowiły olbrzymi kontrast; wielkie, wyłupiaste i czarne jak węgiel. Reszta rysów twarzy tonęła w śnieżnej zaspie i trudno było dokładniej sprecyzować aparycję młodzieńca. Zwłaszcza z dalekiej odległości. Jednakże rzeczą najbardziej zdumiewającą i zastanawiającą w jego wyglądzie, to prawa dłoń; czarna, jakby zwęglona. Wcześniej Karen tego nie zauważyła, bo trzymał ją w kieszeni.
Przyglądała się tym dziwnym ludziom przez dłuższy czas nie mogąc wyjść ze zdumienia. Stanowili oni przykład chodzącej awangardy. Szokowali. A zarazem wzbudzali trwogę. Sama nie wiedziała, dlaczego reaguje w ten sposób. Widywała już wielu cudacznie przebranych ludzi i nigdy na ich widok włosy nie stawały jej dęba. Może, dlatego, że ci tutaj prezentowali się, jak ucharakteryzowani na noc Halloween. A był zaledwie środek wiosny.
Nastolatek w pewnym momencie zorientował się, że są obserwowani, bowiem spojrzał wprost na nią. Gdy to zrobił poczuła dziwny ścisk w gardle. Dostrzegła coś znajomego w tym spojrzeniu i postawie; zadowolenie odczuwalne na kilometr. Nie wiedziała, dlaczego, ale wzbudziło to w niej jeszcze większy niepokój. Zaczęła odczuwać, jakieś złe wibracje. Miała przeczucie, że wydarzy się coś złego i nie potrafiła wyzbyć się tego przekonania.
Zobaczyła, że czarnowłosa wciąż szaleńczo się śmiejąc i wijąc ciałem jak wąż oklapła w końcu na wolnym krześle obok murzyna. Sprawiała wrażenie obłąkanej. A kiedy i ona spojrzała wprost na obserwatorkę utkwiwszy w niej swoje oczy, Karen gwałtownie się odwróciła tyłem do sali. Nie mogła dłużej wytrzymać tych spojrzeń; jakby przeszywających ją na wskroś. Niepokój, który poczuła przerodził się teraz w strach. Zdała sobie sprawę, że nie pomyliła się w ocenie dotyczącej tej kobiety i jej oczy rzeczywiście są puste. Tak samo puste, jak ongiś jej porcelanowej lalki. To nie było normalne zjawisko. Bardzo chciała, żeby to odkrycie okazało się tylko wymysłem; iluzją, której dała się zwieść. Istniało w końcu takie prawdopodobieństwo, bo nie mogła uwierzyć, żeby coś takiego działo się naprawdę.
Przymknęła oczy i wzięła kilka głębokich wdechów, by uspokoić się i zapanować nad lękiem, który zaatakował ją wraz ze zjawieniem się przybyszy. Pomogło. Nieco się uspokoiwszy napiła się drinka. On także miał zbawienny wpływ na jej skołatane nerwy.
- Kiedyś musiało to nastąpić – stwierdził Shane pierwszy otrząsając się z szoku. – Dziwaki i na dodatek prawdopodobnie szaleńcy. Nie zdziwiłbym się, gdyby nagle wyjęli broń i zaczęli strzelać na oślep.
- Nie przesadzajmy… - wyjąkała Lorena choć miała niepewną minę. – Po prostu są trochę… - zawahała się. - …ekstrawaganccy. Chyba powinnam iść ich obsłużyć – dodała cicho.
- Nie ma mowy. Ja to zrobię – wtrącił Riddle z całą stanowczością. – Nie będę cię narażał na styczność z ludźmi o nieznanym nam stanie poczytalności umysłowej. Już raz naraziłem Karen – wyjaśnił; oczywiście miał na myśli Karla.
Nie zdążył jednak nawet okrążyć baru, kiedy drzwi ponownie się otworzyły i zadźwięczał dzwoneczek obwieszczający zjawienie się kolejnego klienta. Lorena od razu zapomniała o grupce wariatów zajmujących jeden ze stolików i wyszczerzyła szeroko zęby. Nic nie musiała mówić. Wystarczyło na nią spojrzeć, by domyślić się, że do „Riddle & Finns” przyszedł w końcu długo oczekiwany gość.
Karen wstrząśnięta obecnością niecodziennie spotykanych osobników nie miała teraz szczególnie nastroju ani ochoty na jakiekolwiek flirty. Jednak z nadzieją, iż widok nowo przybyłego odwróci jej myśli od tych ludzi, powoli odwróciła się od przyjaciół, by spojrzeć krytycznym okiem na domniemanego Adonisa. Gdy to zrobiła szklanka, która wciąż trzymała w dłoni bezwiednie opadła na posadzkę z donośnym brzdękiem rozbijając się w drobny mak. Nadzieja jej nie zawiodła. Momentalnie zapomniała o tamtej grupce „odmieńców”. Miała teraz znacznie większy i poważniejszy powód do wpadnięcia w histerię. Tylko nie ON, błagała w duchu wpadając w panikę.
- Czy on nie jest boski, Karen?! – zaszczebiotała Lorena z zachwytem nad jej uchem zupełnie nie przejmując się potłuczoną szklanką. Widocznie uznała, że to skutek oczarowania widokiem mężczyzny.
- Nie, Lore. W nim nie ma niczego boskiego. Uwierz mi na słowo – wydusiła słabym głosem patrząc prosto w oblicze Księcia Ciemności. Patrząc w oczy diabłu.
Razjel zaszczycił śmiertelniczkę krótkim, ale znaczącym spojrzeniem, po czym dołączył do dziwacznego zgromadzenia.
Z chwilą jego wkroczenia do baru ścienny zegar wiszący w lokalu wybił kolejną pełną godzinę. Dwanaście uderzeń gongu przekształciło się w przeciągły, rozgłośny odgłos, który zmroził serce kobiety i sprawił, że na jej skórze pojawiła się gęsia skórka z przerażenia. Wybiła północ. Demony opuściły kryjówkę i rozpoczęły swe harce. To był ich czas.
Kilka słów od Autorki: Wiem, że dość długo kazałam Wam czekać, ale mam nadzieję, że było warto. Niemniej, nie mnie to już oceniać. Tą kwestię pozostawiam do Waszej opinii. Nie przedłużając zapraszam do lektury. Miłego czytania i do zobaczenia za jakiś czas!
5.
Czy widziałeś diabła?, Mistyka piekła, Dusza potępiona w szponach szatana, Si Deus est, unde malum? [1], Nazwa szatan, Opętani, Próżnia w piekle, Wieczność piekła, Egzorcyzmy w kościele katolickim, głosiły tytuły książek. Z każdym kolejnym przeglądanym tytułem czuła nieprzyjemny ścisk w gardle. Zaraz zwymiotuję, stwierdziła opadając na kolana.
Jednak nic takiego się nie wydarzyło. Czuła się słabo, ale równie szybko wzięła się w garść. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Po prostu nie chciała.
Złożyła książki na jedną kupkę i przymknęła na chwilę oczy. Bardzo chciała, żeby ich już nie było, kiedy je otworzy. Oczywiście jej życzenie nie spełniło się. Zdała sobie za to sprawę, że została jeszcze jedna książka, która przy upadku otworzyła się grzbietem do góry; bardzo grube tomisko, które mogło liczyć nawet tysiąc stron.
Z trudem przyciągnęła je w swoją stronę. Nie mogła nadziwić się siły jaką ma w sobie ten kot. Ona z ledwością mogła unieść tą jedną książkę, a co dopiero zrzucić ich cały stos. To było wręcz nieprawdopodobne.
Szybko jednak zapomniała o kocie i jego heroicznym czynie, kiedy spojrzała na strony, na których książka przypadkowo upadła. Znajdowały się na nich cudaczne rysunki, szkice, przedstawiające różne pentagramy. Zwłaszcza jeden sprawił, że zakręciło jej się w głowie z przejęcia; koło z wpisanym w niego trójkątem, przy którego wierzchołkach znajdowała się liczba sześć. Od razu skojarzyła go z sygnetem, który widziała na dłoni pogromcy Karla. Szybko jednak odrzuciła od siebie tą wizję. Nie chciała nawet o tym myśleć. Ponadto na innych stronicach książki odnalazła wizerunki powykrzywianych twarzy stworzeń nie z tej ziemi. Były tak odpychające, że wzbudziły w niej obrzydzenie. Domyśliła się, że przedstawiają one wizerunki demonów. Pomyślała, że ten kto odpowiadał za grafikę musiał mieć bardzo chory umysł. Wzdrygnęła się i pospiesznie przekartkowała jeszcze kilka stron, na których odnalazła jakieś modlitwy, albo pieśni. Jej zdziwienie jeszcze bardziej urosło na ten widok. Szybko zamknęła tomisko, a właściwie to zatrzasnęła z głośnym hukiem. Nie chciała tego dłużej oglądać. Dopiero wtedy zobaczyła, co miała właśnie okazję przeglądać - Biblię Szatana.
- Chryste! – odrzuciła ją od siebie, jakby parzyła. A po chwili zdała sobie sprawę, że złamała, któreś z boskich przykazań, o nie wymawianiu imienia Boga nadaremno. Nigdy wcześniej tego nie robiła. W końcu była niewierząca. Zazwyczaj używała innych określeń w rodzaju: cholera, niech to szlag, o w mordę, czy kurwa. To ostatnie zazwyczaj, kiedy była zdenerwowana. Tylko, że teraz była przerażona.
Nie mogła uwierzyć, że coś podobnego znajduje się w jej domu. A zwłaszcza, że odnajdzie to w pokoju swojego młodszego brata. Nigdy nie sądziła, że Joshua zainteresuje się tematem satanizmu. Może należał już do jakiejś sekty, a ona tego nawet nie zauważyła. Kiedy o tym pomyślała poczuła się okropnie. Co ze mnie za siostra, skoro nawet nie wiem, czym zajmuje się mój brat?, myślała zlękniona.
Wiedziała, że dała mu za dużo swobody. W końcu nie chciała ograniczać jego wolności. Nie była jego matką, czy ojcem, żeby mu czegoś wiecznie zakazywać. Ale też była jego siostrą i prawnym opiekunem, więc teraz musiała szybko coś wymyślić zanim Josh wpakuje się w jakieś kłopoty. Pozwalała mu na nocne eskapady w granicach zdrowego rozsądku myśląc, że oddaje się młodzieńczemu imprezowaniu. W końcu sama kiedyś była w jego wieku i wiedziała, że młodzież musi się wyszumieć. Ale teraz nie miała pewności w jaki sposób robi to jej brat. A jeśli wymykał się oddawać cześć diabłu?, pomyślała patrząc na Biblię Szatana leżącą przed nią na podłodze, która coraz bardziej utwierdzała ją w tym przekonaniu. Nie to nie możliwe. Josh to inteligentny dzieciak. Może po prostu zainteresowała go ta tematyka czysto naukowo? Tylko, dlaczego akurat teraz?
Nie potrafiła znaleźć na to pytanie przekonującej odpowiedzi. Jakoś nie wierzyła, by zadali uczniom w szkole taką pracę domową z uwzględnieniem korzystania z czarnej biblii. Pozostawała również nie rozwiązana kwestia posiadania. Niby skąd on ją ma? Trudno było jej uwierzyć i w to, by trzymano przeklętą książkę w bibliotece i udostępniano czytelnikom do wypożyczenia; zwłaszcza tym nieletnim.
Coraz więcej pytań rodziło się w głowie Karen, na które niestety nie potrafiła znaleźć sensownych odpowiedzi. Czuła we własnym umyśle coraz większy mętlik. I na dodatek była bardzo zmęczona. Tabletka nasenna nadal wpływała na jej organizm.
Chciała już nawet wycofać się z pokoju brata nim ten do niego wróci i odłożyć nieuchronną rozmowę do jutrzejszego dnia. Niestety nie dostała szansy, by na spokojnie przemyśleć zaistniałą sytuację, bowiem Joshua z impetem nawet nie wszedł, co wpadł do swojego pokoju. Widząc siostrę pochyloną nad książkami gwałtownie zatrzymał się, a jego oczy odzwierciedlały początkowo zaskoczenie, po chwili strach, a w końcu gniew.
- Co to jest do cholery?! – podniosła głos nie siląc się na żadną subtelność wskazując na książki o demonologii.
- Chyba potrafisz czytać? – odparł z sarkazmem, czym jeszcze bardziej ją rozzłościł.
- Po co ci to?!
- A do czego są niby książki? Do czytania.
Tego było już za wiele. Nie wiedziała, czy akurat arogancja i złośliwość brata, czy może wszystkie niedawne przeżycia spowodowały, że nie potrafiła zapanować nad złością. Josh nawet nie obejrzał się, kiedy do niego doskoczyła i zaczęła nim potrząsać.
- Co się z tobą dzieje, Josh?! Nie poznaję cię! Co cię opętało?! – krzyczała przez cały czas nim potrząsając. – Co cię opętało?!
- Nie, co ciebie opętało?! To tylko głupie książki. Wyluzuj, Karen! – mówiąc odepchnął ją od siebie na tyle mocno, że upadła na podłogę przy łóżku.
Poczuła okropny ból w żebrach przy tym upadku. Jęknęła cicho. Próbowała wstać, ale z marnym skutkiem. Josh zdając sobie sprawę z tego, co zrobił podbiegł do siostry i chciał jej pomóc, ale mu nie pozwoliła. Spojrzała na niego ze smutkiem i niedowierzaniem. Nie poznawała własnego brata. Nigdy wcześniej nie widziała w nim tyle agresji.
- Przepraszam, Karen. Nie chciałem – mamrotał pod nosem.
- Oczywiście, że chciałeś – stwierdziła zimnym tonem w końcu podnosząc się z podłogi o własnych siłach. – I to mnie przeraża – dodała odsuwając się od niego jak najdalej.
- Karen, co ty mówisz? Nie chciałem – zaprzeczył szybko.
- Nie wiem, czy należysz do jakiejś sekty, ale masz z tym skończyć, jasne?! – zażądała ostro.
- O czym ty mówisz? Jakiej sekty? Naprawdę masz mnie za takiego głupka? – spytał nie dowierzając.
- Nie wiem, Josh. Ty mi powiedz, czy jesteś na tyle głupi? – odparła podnosząc z podłogi czarną biblię. Wydawało jej się, że waży z tonę.
- Oszalałaś!
- Pewnie, to ja oszalałam. Więc po co ci to? – wskazała tomisko, które trzymała. – Po co ci te wszystkie książki o demonologii? A może masz zamiar bawić się w egzorcystę? – zakpiła przeszywając brata wzrokiem.
- Coś w tym rodzaju – stwierdził sucho.
- W takim razie bardzo mi przykro, że zrobię za popsuj zabawę. Konfiskuję to wszystko – oznajmiła pokazując resztę książek. – I lepiej dla ciebie, żebym już nigdy więcej nie natknęła się na coś podobnego w twoich rękach. W przeciwnym razie inaczej pogadamy. Czy to jasne?!
Josh nic nie powiedział. W milczeniu obserwował, jak Karen wrzuca wszystkie książki do kartonowego pudła. Miała już zamiar wyjść, ale zawróciła i odłączyła kable od laptopa z gniazdka, po czym bez słowa wpakowała go do pudła razem z książkami. Nie chciała tego robić, ale wolała mieć pewność, co znajduje się na dysku twardym komputera należącego do jej brata. Musiała go przejrzeć. Bez zbędnych wyjaśnień nogą przesunęła pudło wraz z jego zawartością w stronę drzwi, po czym wystawiła na korytarz.
Josh był przekonany, że już jej nie zobaczy tego wieczoru, więc ze złością rzucił się na łóżko. Tylko, że Karen ponownie wróciła stając w drzwiach. Jej kazania miały się jeszcze nie skończyć. Tylko, że nie przyszła prawić bratu dalszych kazań, a przekazać wytyczne.
- A ten potwór – wskazała na białego kocura siedzącego nadal na blacie biurka z dumnie podniesionym pyszczkiem. Odniosła wrażenie, że był zadowolony z takiego obrotu sprawy. – Nie zostanie w tym domu. I nie obchodzi mnie, co z nim zrobisz. Ma zniknąć.
- Nienawidzę cię! – oświadczył beznamiętnie już po raz kolejny.
- Wyluzuj, Josh – odparła naśladując jego sposób mówienia. – To tylko głupi kot. Czyż nie?
Nie dała mu czasu na szybką reakcję. Zanim rzucił w jej stronę poduszkę, zamknęła za sobą drzwi i poszła.
Wróciła do swojego pokoju kilka minut później ciągnąc za sobą karton z książkami i laptopem. Nie mało się przy tym namęczyła, ale w końcu postawiła go w kącie i przykryła kocem, by na niego nie patrzeć. Robiło jej się niedobrze na samą myśl, co się tam znajduje. Postanowiła, że jutro poprosi Shanea, żeby wyniósł karton na śmietnik, oddał zawartość na makulaturę albo najlepiej spalił. Było jej wszystko jedno, byleby tylko książki zniknęły z jej oczu, domu i najlepiej pamięci.
A tymczasem wróciła do łóżka. Podłączyła komputer do gniazdka i przejrzała zawartość dysku. Nic niepokojącego jednak nie znalazła. Odetchnęła z ulgą. Uznała, że zareagowała w odpowiednim momencie i Josh jeszcze nie zszedł na złą drogę.
Była cała obolała. Z pewnością przyczynił się do tego kolejny upadek. Nie wierzyła, że Joshua pchnął ją celowo, mimo, że tak powiedziała. Była wzburzona, a teraz, kiedy emocje opadły, zdała sobie sprawę, że nie potrzebnie się uniosła. Josh miał rację. To tylko głupie książki. Możliwe, że teraz nastolatki interesują się tą tematyką; diabły, wampiry, wilkołaki, czarownice, zmiennokształtni. A właściwie nie tylko młodzież, bo dorośli także. Ona sama czytała wiele książek o tej tematyce, a opowiadania nadsyłane do redakcji, którymi się zajmuje w dużej mierze są przesiąknięte wątkami zakazanej miłości pomiędzy śmiertelnikami, a mrocznymi istotami. Nastała w końcu jakaś moda na stworzenia nocy i wszystko, co z nimi związane. Możliwe, że przesadziła ze swoimi podejrzeniami wobec brata. A jednak nie mogła pozbyć się wrażenia, że za tym nagłym zainteresowaniem kryje się coś więcej. I albo ona zaczyna wariować, albo dzieje się coś niepokojąco dziwnego. Joshua nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Co prawda zdarzało mu się pyskować, ale nigdy nie w taki sposób. Kiedy to się zmieniło?, myślała intensywnie, aż w końcu sobie przypomniała ranek, w który przyprowadził do domu kota. Zachowywał się tego dnia dziwnie. Wrócił umorusany błotem, gdzieniegdzie miał poszarpane ubranie, jakby o coś zahaczył albo z kimś się szarpał. I nie wytłumaczył jej nawet skąd wraca, i dlaczego tak wygląda. Była na niego zła, bo nie pierwszy raz kazał na siebie czekać całą noc nie racząc nawet zadzwonić. A ona się o niego zamartwiała. Miała tego dość. Dość jego zachowania i braku szacunku do zasad, które zawsze panowały w domu zanim zmarli ich rodzice. Na dodatek jej złość osiągnęła apogeum, kiedy zobaczyła tego kota. Josh tego dnia przekroczył wszelkie granice. Tylko, że wtedy nie chciała dostrzec jednej istotnej rzeczy. Jej brat tego ranka był przestraszony. I jego strach z pewnością nie miał nic wspólnego z jej osobą. Jak przez mgłę przypomniała sobie, jak wodził po pomieszczeniach rozbieganymi oczami, jakby bojąc się, że nagle coś na niego znienacka wyskoczy.
- Gdzie byłeś?! – zawołała do niego, kiedy tylko przekroczył próg domu. – Gdzie byłeś, Josh?! Mówię do ciebie!
Tylko, że Josh nie odpowiadał. W ogóle nie zareagował na pytanie siostry. Wypuścił tylko walczącego z nim kota na podłogę i zaczął się niepewnie rozglądać. A kiedy Karen złapała go za ramię, odskoczył od niej, jak poparzony. Oczy miał rozszerzone niczym wielkie spodki. W pierwszej chwili pomyślała, że jest pod wpływem narkotyków.
- Gdzie byłeś, Josh? – powtórzyła po raz kolejny, aż w końcu sens pytania do niego dotarł. Sprawiał wrażenie, że dopiero teraz ją zauważył. Nieco się uspokoił i jego oczy zaczęły stawać się normalne. – Co brałeś? – spytała próbując przemawiać do chłopca łagodnie.
- Co? – wydusił skołowany.
- Pytam, czy coś brałeś. Przyznaj się, Josh. Trawka? A może coś mocniejszego?
- Odbiło ci? Nie jestem jakimś pieprzonym narkomanem! – odparł szczerze oburzony, a Karen znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie kłamie.
- Więc, gdzie byłeś? Dziwnie się zachowujesz – stwierdziła uważnie go obserwując. – Martwię się o ciebie.
- I tak mi nie uwierzysz – odpowiedział kierując się do swojego pokoju, chcąc tym samym uniknąć dalszej rozmowy.
- Nie dasz mi nawet szansy?! – zawołała za nim. – Wracaj, Josh! Jeszcze nie skończyłam! Co robi tutaj ten kot?!
- Nie pytaj, Karen. I tak nie uwierzysz – powtórzył otwierając drzwi swojego pokoju. – W tej kwestii twoja percepcja jest ograniczona.
Karen oniemiała. Otworzyła usta zszokowana, ale szybko je zamknęła dochodząc do siebie. Nie mogła uwierzyć własnym uszom. Właśnie jej brat uznał, iż jest ograniczona umysłowo. Poczuła się tym dotknięta, ale starała się nie brać tego do siebie.
- Wracaj tutaj natychmiast! Ten kot tutaj nie zostanie! – oznajmiła próbując skupić myśli na zwierzęciu, które siedziało bez ruchu przy jednej ze ścian.
- Zostanie.
- Nie, nie zostanie. Dobrze wiesz, że nie lubię kotów. Poza tym wcześniej wypadało mnie spytać o pozwolenie. A teraz stawiasz mnie przed faktem dokonanym, Josh. A tego nie lubię. Ten kot nie zostanie w tym domu – oświadczyła z pełną stanowczością tym samym chcąc uciąć dalszą dyskusję.
- On zostaje! A jeśli go wyrzucisz nigdy ci tego nie wybaczę! – krzyczał zdenerwowany. – On musi tutaj zostać!
- Wcale nie musi. I nie zostanie. Oddamy go do schroniska i tam znajdą mu dom.
- Nie możesz…
- Oczywiście, że mogę – przerwała mu w pół zdania. – Przestań zachowywać się jak dziecko! Ten kot tutaj nie zostanie i koniec, kropka. Jeśli chcesz zwierzątko to kup sobie chomika. Żadnych kotów.
- Nienawidzę cię! – zawołał z goryczą, po czym zatrzasnął jej drzwi przed nosem.
- To pięknie – westchnęła schodząc kilka stopni w dół.
Jej wzrok zatrzymał się na obiekcie ich sporu. Kocur nadal siedział bez ruchu i wpatrywał się w nią, jakby z zainteresowaniem śledził całe przedstawienie, które niedawno odbyło się na jego oczach. „Dom wariatów” akt pierwszy, scena pierwsza. Pamiętała, że poczuła niepokój.
I tak mi nie uwierzysz, powtarzała w kółko zdanie wypowiedziane tego dnia przez brata, niczym jakąś mantrę. Przypomniała sobie również o niedawnym znalezisku, które leżało ukryte na dnie kartonowego pudła. Tknięta dziwnym przeczuciem powiązała owe zdanie z książkami, a raczej ich tematyką. Poczuła chłód na samą myśl. Nagle stanął jej przed oczami obraz twarzy; mrocznej twarzy z parkowej alejki. Przypomniała sobie własne odczucie, że przecież nikt jej nie uwierzy. Ona sama nie wierzyła. Nie chciała. Czy widziałeś diabła?, głosił tytuł jednej z książek.
- A jeśli rzeczywiście widziałam? – wyszeptała czując zimne krople potu na czole. – A jeśli to nie jest tylko wymysł mojej rozchwianej wyobraźni? Nie. To nie możliwe. Oszalałaś?
Nie mogła dłużej o tym myśleć. Dla pewności wzięła jeszcze jedną tabletkę nasenną. Pomogła. Tej nocy nic jej się nie śniło.
[1] Si Deus est, unde malum?- z łc. Jeśli jest Bóg, to skąd się wzięło zło?
Kilka słów od Autorki: Przez wzgląd na krótką objętość rozdziału trzeciego sprezentowałam od razu rozdział czwarty. Wiem, że się cieszycie;) Nie przedłużając życzę przyjemnej lektury i do następnego razu!
3.
Karen cała roztrzęsiona zawróciła do „Riddle & Finns”. Nie chciała być teraz sama. Na samą myśl, że miałaby siedzieć w pustym pokoju, oblewały ją zimne poty. Ta perspektywa napawała ją lękiem. Za bardzo bała się, co było wynikiem niedawnych przeżyć. Nie panowała nad tym, co robi. Kierowała się instynktem, dlatego odruchowo za odpowiednie schronienie wybrała bar, w którym znajdowały się bliskie kobiecie osoby. Co prawda mieszkała z bratem, ale zdawała sobie sprawę, że na jego wsparcie nie miała, co liczyć. A już zwłaszcza po ich rannej kłótni. Poza tym o tak późnej porze mógł robić trzy rzeczy; - spać; - siedzieć zamknięty na klucz w swoim pokoju słuchając mp3; - albo mogło go w ogóle nie być w domu, co od śmierci rodziców było na początku dziennym. Wybrała, więc bar.
Lorena, gdy tylko zobaczyła przyjaciółkę wypuściła z rąk niesiony kufel z piwem. Naczynie rozbiło się z głośnym hukiem o posadzkę, ale nikt nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Całe zainteresowanie klientów baru zwrócone było na nią. Wszyscy w koło przerwali rozmowy i zaczęli wpatrywać się w stronę drzwi wejściowych, przy których z trudem stała. Zdawała sobie sprawę, że musi wyglądać okropnie, skoro wywołała swoim nagłym pojawieniem, takie zamieszanie. Zauważyła nawet, jak starsza kobieta przeżegnała się na jej widok znakiem krzyża.
Chciała zrobić krok naprzód, ale zamiast tego, wyczerpana osunęła się na podłogę wyłożoną ciemnymi panelami. Gdy do tego doszło, wszystkie zdarzenia wokół niej, zaczęły dziać się niemalże w przyspieszonym tempie.
W rozeznaniu kobiety nie minęła nawet chwila, kiedy znalazł się przy niej Shane Riddle, mąż jej przyjaciółki, barman i właściciel lokalu w jednej osobie; pomógł Karen wstać, po czym bez zbędnych słów wziął ją na ręce i zaniósł na zaplecze, gdzie została posadzona na jednym z jasnobrązowych, skórzanych foteli.
Pomieszczenie było małych rozmiarów, dlatego zrobiło się w nim tłoczno, kiedy zaciekawione pracownice wcisnęły się do środka. Shane jednak uprzejmie je przegonił, by zajęły się klientami, a właściwie to grzecznie ich wyprosiły.
Nawet się nie obejrzała, kiedy Lorena już przy niej siedziała. Shane tymczasem gdzieś zniknął, ale równie szybko wrócił rozmawiając z kimś przez telefon.
Przyjaciółka mówiła z przejęciem odmalowanym w piwnych oczach, ale z trudem coś do Karen docierało. Dopiero po pewnym czasie odzyskała jako taki kontakt z rzeczywistością.
- Karen, błagam powiedz coś! Cokolwiek! – zawołała ruda już przerażona, kiedy kolejne z jej pytań pozostało bez odpowiedzi. – Co się stało? Kto ci to zrobił? To zrobił, zabrzęczało w głowie blondynki. Kto mi to zrobił? Ale zrobił, co?, myślała intensywnie próbując zrozumieć, o co chodzi Lorenie. Odruchowo podążyła wzrokiem w stronę dużego lustra, zawieszonego na kremowej ścianie po drugiej stronie pomieszczenia, a zarazem będącego naprzeciwko niej. Zobaczyła w nim jakąś kobietę, która miała całą twarz we krwi, opuchniętą i rozciętą dolną wargę, zaczerwienienie pod lewym okiem, które na pewno przekształci się w wielki siniec. Ponadto porwane ubranie, posklejane włosy, skórę wybrudzoną ziemią, trawą i mieszanką krwi. Zrobiło jej się żal na ten widok. Nie od razu bowiem zdała sobie sprawę, że patrzy we własne odbicie, a kiedy to sobie uświadomiła, otworzyła lekko usta, z których wydobył się cichy jęk. Wiedziała, że musi kiepsko wyglądać, ale to, co przyszło jej zobaczyć było gorsze niżby można określić ten stan słowem ‘kiepsko’. Strasznie, tragicznie, ale najtrafniejsze określenie, jakie w tej chwili pasowało stanowiła makabra. Wyglądała po prostu makabrycznie, potwornie.
- Kto ci to zrobił? – dobiegło do świadomości kobiety ponowione pytanie Loreny.
- Daj spokój. Nie męcz jej. Jest w szoku – przerwał Shane także z zatroskana miną. – Karetka zaraz będzie.
- Karl – wymamrotała z trudem i oboje utkwili na niej pytające spojrzenia, a może były one wyrazem zdziwienia, że w ogóle coś powiedziała.
- Jaki Karl?!
Wtedy wszystko opowiedziała. Mówiła, jakby znajdowała się w jakimś transie. Nie zastanawiała się nawet nad tym, co właściwie wydobywało się z jej ust i jak zareagują na tą historię przyjaciele. Po prostu wyrzucała z siebie potok słów, które układały się w bardzo nieskładne i niespójne zdania. A gdy skończyła swoją opowieść odczuła w pewnym stopniu ulgę, jakby pozbywała się ze swojego organizmu trucizny, która utrudniała normalne funkcjonowanie.
Lorena i Shane wysłuchali relacji przyjaciółki w skupieniu, nie przerywali ani razu i bardzo starali się poskładać najważniejsze fakty, zważywszy, że ledwo mogli ją zrozumieć. Doszli w końcu do wniosku, że Karen została zaatakowana przez jakiegoś mężczyznę o imieniu Karl, który był tego wieczoru klientem ich baru i próbował ją zgwałcić. Uznali, że określiła tego człowieka mianem diabła, bo jakoś nie chcieli uwierzyć, by mogła o nim mówić w innym kontekście. Z niespójnej opowieści przyjaciółki wyciągnęli jeszcze, że ktoś udzielił jej pomocy, a oprawca uciekając wpadł pod samochód i poniósł śmierć na miejscu. Mówiła również o „cholernym białym kocie”, jak go pieszczotliwie nazwała, który śledził ją w parku, a potem tchórzliwie uciekł zostawiając na pastwę zwyrodnialca.
- Powiedział, że mnie wybrał – rzekła ściszonym głosem, jakby bojąc się, że osobnik, o którym mowa zaraz pojawi się w drzwiach. – Powiedział, że nie da mi spokoju,…że będzie miał mnie na oku…on wróci… - wydusiła i dłużej już nie mogąc nad sobą zapanować wybuchnęła głośnym płaczem.
- Już dobrze. Nikt nie zrobi ci krzywdy – zapewniła ruda ostrożnie ją przytulając, by nie sprawić jej dodatkowego bólu. – On już nic ci nie zrobi. I uwierz mi, że nie wróci. Już nigdy.
- Jesteś pewna? – spytała z nadzieją w głosie, jednocześnie niespokojnie się poruszając.
- Absolutnie.
Nic nie odpowiedziała na zapewnienie przyjaciółki, bo z wyczerpania straciła przytomność. Chwilę później wbiegli sanitariusze i na noszach wynieśli ją do karetki.
Obudziła się otoczona zewsząd śnieżną bielą. To doznanie wprawiło ją w niemały szok i konsternację. Przez dłuższą chwilę nie wiedziała, co się z nią dzieje, ani tym bardziej, gdzie się znajduje i, gdzie podziali się jej przyjaciele. Wszystkie te czynniki przyczyniły się do wzrostu uczucia paniki wywołanego zaistnieniem niespodziewanej sytuacji, w której nie chciała się znaleźć, a jednak: stało się. Czuła się zdezorientowana, a ten stan tylko pogłębiał jej lęki.
Gdy w końcu wzrok przyzwyczaił się do panujących dookoła warunków, zdołała dostrzec inne rzeczy oprócz przytłaczającej bieli, która biła ją niemal po oczach. Zaczynała rozpoznawać kontury, kształty i zastosowanie otaczających ją przedmiotów. Wszystko wskazywało na to, że znajdowała się w jakimś szpitalnym pomieszczeniu.
Przechyliła nieznacznie głowę w lewą stronę, tak, iż ujrzała pielęgniarkę krzątającą się przy sąsiednim łóżku, na którym leżała staruszka podłączona do kroplówki.
Pielęgniarka, którą była kobieta około czterdziestki, o kasztanowych włosach upiętych w ciasny kok i nieco skośnych, brązowych oczach, uśmiechnęła się do niej pogodnie i coś powiedziała, ale Karen nie zrozumiała. Po chwili opuściła pomieszczenie pozostawiając pacjentki zupełnie same.
Blondynka od razu podniosła się do pozycji półleżącej, dzięki czemu mogła zobaczyć kilka opatrunków na swoich rękach. Uniosła prawą dłoń i zbliżyła ostrożnie do twarzy. Wyczuła dużo wcześniej, że coś znajduje się na jej ustach. Zdała sobie sprawę, że jest to dość dużej wielkości plaster, albo jakaś gaza, która na chwilę obecną zakrywała rozciętą, dolną wargę. Lewe oko miała lekko podpuchnięte i była święcie przekonana, że znajduje się w jego obrębie, sporych rozmiarów, niemalże fioletowo – granatowy, albo może już wpadający w odcień czerni siniec. Uznała, że jest z całą pewnością podbite.
Odrzuciła miękką w dotyku i jasnym kolorze narzutę, którą została przykryta, po czym zauważyła, że jest obandażowana pod klatką piersiową. Chciała wstać, ale nie dała rady. Poczuła silny ból w okolicach żeber, więc z powrotem opadła na łóżko i utkwiła wzrok w białym suficie.
Szybko przypomniała sobie, dlaczego znalazła się w tym miejscu. A te wspomnienia nie podniosły jej ani trochę na duchu. Poczuła się skołowana. Nie wiedziała już, co jest prawdą, a co wymysłem wyobraźni pod wpływem silnych przeżyć. Jedyne, co było pewne, to fakt, iż Karl nieźle ją załatwił. Mało brakowało, a w ogóle nie odczuwałaby żadnego bólu. Już nigdy. Pocieszała się tą myślą i jednocześnie poczuła żal. Żal o dziwo do Boga, w którego jeszcze do niedawna nie wierzyła. Właściwie, to nie wiedziała, czy teraz faktycznie w niego uwierzyła. A jednak zadała sobie pytania: Czy naprawdę nic dla Niego nie znaczy skoro nie doczekała się pomocy z Jego strony?; Gdzie podział się jej Anioł Stróż, który podobno ma ją strzec od złego?; Gdzie był, kiedy tłuczono ją na kwaśne jabłko?; I do czego to doszło, że wybawił ją z opresji diabeł? A może sobie to po prostu wymyśliła? Może ubzdurała sobie całe zdarzenie z uczestnictwem demona pod wpływem szoku, jaki w niej wywołało spotkanie z Karlem? Tak. To musiało być właśnie to. Żadnego diabła nie ma i nigdy nie było. Podobnie, jak Boga, uznała z racjonalnym podejściem, z którego słynęła. Istoty nadprzyrodzone dla niej nie istnieją.
Z tą myślą od razu poczuła się lepiej; psychicznie, bo fizycznie wyła z bólu.
4.
Spędziła w szpitalu trzy dni znajdując się pod czujnym okiem doktora Jacoba Petersona; lekarza zbliżającego się do pięćdziesiątki, liczącego sobie prawdopodobnie około metra siedemdziesięciu wzrostu, lekko zaokrąglonego na twarzy i brzuchu, o krótko przystrzyżonych włosach w odcieniu kawy z mlekiem. Kiedy przychodził w czasie obchodu miał zawsze na sobie biały, lekarski kitel i specjalne słuchawki przewieszone przez szyję, a w ręku trzymał kartę pacjenta wraz z długopisem niezbędnym do jej wypełniania. Wszystkie czynniki, które składały się na wizerunek lekarza, oddawały jego profesjonalizm i budziły w pacjencie poczucie bezpieczeństwa, w szczególności świadomość, że jest się pod dobrą opieką. A przynajmniej Karen tak go postrzegała, bowiem już kilka miesięcy temu miała okazję poznać Petersona, kiedy ulegli wypadkowi samochodowemu jej rodzice. Niestety obrażenia, które ponieśli były tak rozległe, że nie zdołano ich uratować. Mimo tej tragedii była wdzięczna lekarzowi za okazaną pomoc, zarówno wtedy, jak i teraz.
Oprócz wizyt składanych przez Petersona, odwiedzali ją również przyjaciele. Lorena wraz z Shanem nie odstępowali jej niemal na krok, za co była im niezmiernie wdzięczna.
Z wizytą i ogromnym koszem kwiatów wpadł także Andrew Oliverson, jej redakcyjny kolega. Mężczyzna starszy od niej o trzy lata. Ponadto szczupły blondyn o wiecznie roześmianej twarzy, jasnej karnacji, intensywnie zielonych oczach, liczący sobie około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu. Z pochodzenia Fin, który przeprowadził się na Wyspy Brytyjskie kilka lat wcześniej. Zazwyczaj chodził w dżinsach i obcisłych koszulkach z różnymi nadrukami i napisami. Jego ulubioną stanowiła bordowa z przekreślonym aparatem fotograficznym i nadrukiem: STOP PAPPARAZZIM, co było bardzo oportunistyczne, zważywszy, że sam jest z zawodu fotografikiem, a na dodatek pracuje jako dziennikarz. I właśnie tą miał na sobie, kiedy odwiedził koleżankę w szpitalu. Odkąd pamiętała zawsze był szarmancki i troskliwy wobec kobiet. Jednym słowem gentleman w każdym calu, dlatego nie była szczególnie zaskoczona prezentem w postaci żółtych słoneczników, który otrzymała na poprawę humoru. Dodatkowo przekazał jej pozdrowienia od reszty załogi i prosił, żeby szybko do nich wróciła. Oczywiście podczas odwiedzin nie unikał sposobności, by z nią trochę poflirtować, a i Karen sobie tego nie broniła; w końcu nie była z nikim uczuciowo związana, a Andrew jest bardzo atrakcyjnym mężczyzną zarówno fizycznie, jak i intelektualnie. Z drugiej strony jest jej przyjacielem i nie chciałaby tego niepotrzebnie zepsuć, więc ograniczała ten flirt do niewinnych pieszczotliwych sformułowań, na które mogą sobie pozwolić przyjaciele.
Podczas swojego krótkiego pobytu w szpitalu żałowała jedynie, że jej brat nie pojawił się ani razu. Bardzo się nim rozczarowała. Zresztą nie pierwszy raz. Doszła jednak do wniosku, że dla Josha wizyta w tym szpitalu nie była łatwa i przywoływała zbyt wiele przykrych wspomnień, z którymi z trudnością dawał sobie radę. Najwyraźniej nie chciał rozdrapywać ran, które z ledwością się zagoiły. Ona też tego nie chciała. Ani dla niego, ani dla siebie. Z tym przekonaniem starała się go nie osądzać. Poza tym nie mogła narzekać na brak odwiedzin i zainteresowania swoją osobą, bowiem już kwadrans po swoim przebudzeniu złożyli jej wizytę dwaj policjanci zawiadomieni o całym zajściu przez Shanea. Obaj byli ubrani w granatowe dżinsy, białe koszule i ciemne marynarki. Wyglądało na to, że byli po cywilnemu, bo w przeciwnym razie mieliby na sobie służbowy mundur, chociaż z drugiej strony nie miała nigdy wcześniej do czynienia z funkcjonariuszami policji, więc równie dobrze mogła zmienić się moda w tym zawodzie.
Mężczyzna w średnim wieku z ciemnym zarostem na twarzy o nazwisku Noah, zadawał Karen szczegółowe pytania, podczas, gdy młodszy blondyn o ciemnej karnacji mogący mieć trzydzieści lat, wszystko dokładnie notował, niczym pełnoetatowy protokólant.
Noah poinformował poszkodowaną, że miała ogromne szczęście, iż udało jej się wyrwać „cało” z rąk poszukiwanego listem gończym gwałciciela. Pięć innych kobiet nie przeżyło z nim spotkania. Policjant uznał, że nie będzie zasypywał ją opisem tego, jak obszedł się ze swoimi innymi ofiarami. Była mu wdzięczna za tą empatię i zaoszczędzenie jej tego obrazu. Jakoś nie miała najmniejszej ochoty wiedzieć tych rzeczy. To było ponad jej siły. Poza tym mężczyzna wolał skupić się na relacjach kobiety i chciał wyciągnąć jak najwięcej informacji na temat jej nieoczekiwanego obrońcy. Pytał, co się z nim stało, ale wyznała, że nie wie, gdyż straciła przytomność, a gdy się ocknęła jego już nie było. Oczywiście skłamała. Nie miała zamiaru opowiadać funkcjonariuszom o tej dziwnej istocie. Istocie, bo określenie go człowiekiem raczej nie jest odpowiednie. Ponadto oświadczenie, że prawdopodobnie pomógł jej diabeł nie sprowadziłoby na nią niczego dobrego. Do tej pory odzyskała racjonalność myślenia i zdawała sobie sprawę, że i tak nikt, by w to nie uwierzył. Ona sama do końca w to nie wierzyła, a przynajmniej starała się przestać snuć takie idiotyczne teorie. Noah po tym oświadczeniu poprosił, żeby postarała się opisać mężczyznę, ale wyznała, że nie zdążyła mu się dokładnie przyjrzeć. Oznajmiła jedynie, że był bardzo wysoki i ciemnowłosy. Drugie kłamstwo wypowiedziane w ciągu kilku minut. Diabeł zapewne jest zachwycony złamaniem przez nią ósmego przykazania. Brawo, pomyślała z goryczą. Jeden krok do piekła, niezliczona ilość ku wieczności. Nieźle mi idzie. Ciekawe, kiedy ziemia się pode mną zapadnie?
Niewiele im to pomogło, ale nie naciskali. Odpuścili wypytywanie o nieoczekiwanego bohatera i przenieśli swoje przesłuchanie na inne tory.
- A samochód? Mogłaby go pani opisać? – zapytał policjant z anielską cierpliwością. – Jak wyglądał? Jaki miał kolor? Może zna pani jego markę?
- Obawiam się, że i w tej kwestii nie jestem w stanie panom pomóc – wyznała z przepraszającym uśmiechem. – Nie znam się na samochodach, a było zbyt ciemno, żebym z tak daleka dostrzegła kolor jego karoserii. Wydaje mi się, że był ciemny. Może granatowy, albo czarny. I dość dużych rozmiarów.
Prawda jednak była taka, że angielski gentleman miał jasno - czerwonego cabrioleta, ale nie chciała przyczynić się do kłopotów, jakie mogłyby wtedy spaść na starszego mężczyznę. Z drugiej strony to nie była jego wina, co mogłaby poświadczyć, ale ucieczka z miejsca zdarzenia nie stawiała kierowcy w dobrym świetle. A tak przynajmniej istniała szansa, że policja nie odkryje jego udziału w śmierci gwałciciela, którego wcale nie żałowała. Wręcz przeciwnie. Uważała, że w pełni zasłużył sobie na taki los.
- Dobrze panno Wildwolf. Nie będziemy już pani dłużej męczyć. Gdyby jednak sobie pani coś przypomniała proszę się zgłosić na komendę – poinformował Noah zbierając się do wyjścia. – Życzymy szybkiego powrotu do zdrowia. Jeśli miałaby pani potrzebę porozmawiania z psychologiem służymy pomocą.
- Dziękuję, panie komendancie. Myślę, że to nie będzie konieczne. Może na to nie wygląda, ale mam silną psychikę. Dam sobie radę bez pomocy specjalisty – odparła siląc się na lekki uśmiech.
- Jednakże gdyby zmieniła pani zdanie…nasza oferta jest zawsze aktualna – oświadczył, po czym ukłonili się i wyszli z sali, i już ich więcej nie widziała.
Bardzo ucieszyła się na możliwość powrotu do domu. Te trzy dni spędzone w szpitalu w zupełności jej wystarczyły, dlatego odrzuciła sugestię dłuższego pozostania. Uznała, że pobyt we własnym domu szybciej wpłynie na poprawę jej zdrowia, więc dokonała natychmiastowego wypisu. Doktor Peterson na odchodnym nakazał swojej byłej już pacjentce leżeć w łóżku dopóki złamane żebro się nie zrośnie, ale zdawał sobie sprawę, że Karen przyjęła tą informację jednym uchem, a wypuściła drugim. Niemniej jednak spełnił swój lekarski obowiązek powiadamiając ją o tym i już tylko od niej zależało, jak będzie przestrzegać zaleceń. I tak już w środowy późny wieczór znalazła się w małym, jednorodzinnym domku, który stanowił dziedzictwo pozostawione przez małżeństwo Wildwolf swoim dzieciom.
Gdy tylko przekroczyła próg domu, z małą pomocą Loreny i Shanea, odniosła wrażenie jakiejś dziwnej zmiany panującej w atmosferze. Dojmującą ciszę przerywało jedynie co jakiś czas bzyczenie muchy. Dom sprawiał wrażenie opuszczonego, pomimo, że jej brat siedział zamknięty w swoim pokoju. W pierwszej chwili myślała nawet, że go nie ma, ale palące się przez szparę w drzwiach jego pokoju nikłe światło zapewniało o czymś zupełnie przeciwnym.
Joshua nawet nie wyszedł, żeby się z nią przywitać. Poczuła się tym faktem nieco dotknięta, ale nie dała niczego po sobie poznać. Uznała, że nadal jest na nią obrażony, bo nie zgodziła się na zatrzymanie kota. Rozejrzała się niepewnie po kątach na parterze domu, ale nigdzie nie dostrzegła nieproszonego mieszkańca. Możliwe, że Josh trzyma go w swoim pokoju. Tym lepiej, pomyślała pozwalając przyjaciołom zaprowadzić się do swojej sypialni, znajdującej się na piętrze. Ostrożnie pokonała stopnie schodów zaciskając zęby z bólu przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Pomimo swojej fizycznej niedyspozycji pokonali odległość dzielącą ich od jej pokoju dość szybko.
Lorena od razu zabrała się za ścielenie łóżka, a Shane uparł się, żeby zrobić Karen porządną kolację, więc udał się w tym celu do kuchni, skąd wrócił po niespełna kwadransie niosąc pełen talerz kanapek. Karen przebrana już w swoją ulubioną koszulę nocną westchnęła z rozpaczą widząc ich ilość. Nawet gdyby była w pełni sił i apetytu, nie zdołałaby ich wszystkich pomieścić w swoim żołądku. Nie mając jednak wyboru, podziękowała Shaneowi za miły gest, po czym wzięła jedną z kanapek i małymi kęsami dokonała jej konsumpcji. Nie chcąc sprawić również przyjaciołom przykrości pozwoliła Lorenie opatulić ją w kołdrę, mimo, że miała dość leżenia w łóżku.
- Masz leżeć – przypomniała ruda tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Tak jest, dyktatorze – mruknęła z niechęcią próbując dostosować się do zaleceń lekarza.
- Na pewno? – spytała podejrzliwie. – Znamy się nie od dziś, skarbie. Wiem, że jedynie siłą można zmusić cię do leżenia w łóżku. Przed wyjściem będziemy musieli cię do niego przywiązać. Dla twojego dobra.
- Ok. Zmieniłam osąd. Jednak dyktator i terrorysta – odparła na oświadczenie przyjaciółki z lekkim uśmiechem. – Naprawdę, Lore. Czasami mnie przerażasz.
- Nie tylko ciebie – szepnął konspiracyjnie Shane, ale jego żona i tak dosłyszała. Został za to zdanie obrzucony poduszką, po czym cała trójka wybuchnęła serdecznym śmiechem.
- Nie martwcie się już o mnie. Słyszeliście Petersona nic mi nie dolega poza drobnym złamaniem. I będę leżeć w łóżku przynajmniej kilka dni, bo i tak ledwo mogę się ruszyć. Wygląda na to, że nawet nie mam wyjścia – zapewniła przyjaciół ostrożnie szarżując słowami.
- Powiedzmy, że ci wierzę. Ale i tak spodziewaj się kontroli – uprzedziła Lorena ze śmiechem. – Niezapowiedzianej. Wiec pilnuj się!
- No wiesz…I jeszcze sanepid chcesz na mnie nasłać – zażartowała. – W takim razie zaraz musze wziąć się za sprzątanie.
- Tylko spróbuj – pogroziła palcem przed nosem Karen. – A inaczej pogadamy.
- Ależ z ciebie zołza. Ale i tak cię kocham. Nawet wtedy, kiedy mnie strofujesz – wyznała z uśmiechem.
- I ja cię kocham pomimo, że czasami zachowujesz się jak bezmyślny dzieciak – odparła całując przyjaciółkę w policzek. – Nie rób nam tego więcej. O mało nie umarłam ze strachu, kiedy zobaczyłam cię w tym stanie.
- Ej! Robię się zazdrosny! – wtrącił Shane udając urażonego, więc obie ze śmiechem pocałowały się w usta. – Jesteście okropne!
Kilka minut później małżeństwo Riddle opuściło dom swojej przyjaciółki zostawiając ją samą, by odpoczęła.
Karen przez blisko kwadrans leżała bezczynnie wpatrując się w okno. Zegar wiszący na ścianie wskazywał kilkanaście minut po dwudziestej drugiej, więc nie była zdziwiona mrokiem, który panował już na zewnątrz. Nie chciało jej się spać, dlatego podniosła opakowanie tabletek nasennych, wysypała kilka na dłoń, by po chwili wrzucić zbędną ilość z powrotem. Położyła jedną na języku i popiła wodą. Połknęła tabletkę bez żadnych utrudnień i teraz pozostało jej czekanie, aż zacznie działać. Ułożyła głowę na poduszce i cierpliwie czekała. Czekała i czekała. Czekała tak długo, że zdążyła zapomnieć, że na coś czeka. W końcu poczuła, że jej powieki stają się coraz cięższe. Była coraz bliżej odpłynięcia w objęcia Morfeusza i tym samym spełnienia prośby Loreny, by leżała grzecznie w łóżku i odpoczywała, ale nagle do pokoju wpadł z wielkim impetem jej młodszy brat.
- Co z nim zrobiłaś?! – zawołał wściekle nie zważając nawet na stan zdrowia siostry. Nie wykazał wobec niej żadnej empatii i napadł z kolejnymi pretensjami.
Karen spojrzała na Joshuę zdezorientowana. Nie miała pojęcia o co może mu się rozchodzić. Tabletka zaczynała działać i otępiła już jej umysł.
- Cześć! Też się cieszę, że cię widzę – powiedziała słabym głosem.
- Daruj sobie! Gdzie on jest?! Co z nim zrobiłaś?! – odparł gniewnie.
Karen musiała przyznać, że coraz lepiej czuł się w roli młodocianego buntownika. Zapewne za niedługo jego bunt przybierze kolejną fazę i nawet się nie obejrzy, kiedy nastolatek ucieknie z domu, chcąc postawić na swoim. Mimo wszystko lepiej dla niego, jeśli do tego nie dojdzie. W przeciwnym razie Karen byłaby skłonna obedrzeć go ze skóry.
- A możesz z łaski swojej wyjaśnić wcześniej o co ci chodzi? Z kim, co zrobiłam? – spytała już rozbudzona. I szlag trafił działanie tabletki nasennej.
- Z Behemotem! – wysyczał z nieukrywaną agresją.
Karen podniosła się do pozycji siedzącej i zamrugała gwałtownie oczami.
- Przepraszam, z kim? – wydusiła pewna, że się przesłyszała.
- Z moim kotem! Behemot! Tak się nazywa! – odparował zajadle.
Josh może i był wściekły, ale swoim zachowaniem rozwścieczył i ją. Ten atak skierowany wobec jej osoby nie był konieczny. I z pewnością posunął się w swojej arogancji o jeden krok za daleko.
- A co zgubił się?! – zapytała złośliwie.
- Nie udawaj idiotki! Nigdzie go nie ma! Co z nim zrobiłaś?!
- Utopiłam – przyznała beznamiętnie, aby mu dopiec. Sama jednak wiedziała, że nigdy nie zrobiłaby czegoś podobnego. Musiałaby nie mieć serca.
Josh momentalnie zamilkł. Spojrzał na siostrę z nieukrywaną nienawiścią. Nie musiał wcale wykrzykiwać jej tego w twarz. Mimo to, właśnie takie wyznanie usłyszała z jego ust, zanim odwrócił się na pięcie i skierował do wyjścia. Co się z nim dzieje?, pomyślała widząc ten wybuch. Nigdy wcześniej się tak nie zachowywał. Co prawda buntował się, ale teraz przeszedł sam siebie.
- Nic mu nie zrobiłam. I nie mam pojęcia, gdzie jest. Jakbyś nie zauważył niespełna dwie godziny temu wróciłam ze szpitala. I ostatnią rzeczą jaka zaprząta mój umysł jest ten cholerny kot! Jeśli uciekł tym lepiej. Nie będę z tego powodu płakać – oświadczyła zanim wyszedł.
Oczywiście nic nie powiedział. Nie musiał. Za odpowiedź uzyskała jedynie głośne trzaśnięcie drzwiami. Tylko spokojnie, Karen – powtarzała sobie w kółko próbując złagodzić skołatane nerwy. Tylko spokojnie.
Spokój jednak został doszczętnie zniszczony. I nie mało to nic wspólnego z zachowaniem Josha. Bardziej wyprowadziło ją z równowagi nagłe pojawienie się owego białego kota na parapecie jej okna.
Zamrugała kilka razy powiekami, żeby się upewnić, że nie ma „narkotycznych” omamów po zażyciu tabletki nasennej. Ale nie miała i rzeczywiście na parapecie obok wielkiego beniaminka siedział biały kocur. Wpatrywał się w nią z równą intensywnością siedząc bez ruchu. Nie poruszył się nawet wtedy, gdy gwałtownie zerwała się z łóżka. Jedynie jego czarne oczyska z uwagą wodziły za każdym jej ruchem. Nie przestraszył się także, kiedy rzuciła w jego stronę małą poduszeczką. I co dziwniejsze, nawet nie drgnął. Siedział dalej nie dając oznak życia, jakby był jakąś owłosioną rzeźbą, czy maskotką. Jedynie oczy zwierzęcia zaprzeczały tej koncepcji.
Karen po kolejnej kłótni z bratem o tego kota była już wytrącona z równowagi, a teraz niespodziewane i wręcz nieprawdopodobne pojawienie się obiektu ich sporu jeszcze bardziej pogorszyło jej nastrój. Tylko, że pojawienie się kota, wywołało u niej stan głębokiego zaskoczenia, niemal szoku. Nie zauważyła go wcześniej w swojej sypialni. Była wręcz pewna, że go tam nie było. Okna miała pozamykane, więc nie mógł dostać się przez nie do środka. Pojawił się z nikąd. Niczym jakaś zjawa. Duch. Zaczynam wariować, stwierdziła zbliżając się powoli do ewidentnie dziwnego zwierzęcia.
Chciała go czym prędzej przegonić ze swojego pokoju, a gdy zbliżyła do niego rękę, prychnął wściekle i ukazał przy tym swoje ostre kły. Wyglądało na to, że nie miał zamiaru pozwolić Karen dotknąć się choćby najmniejszym palcem. A tym bardziej wyprosić się z pomieszczenia.
Odskoczyła od niego przestraszona. O mało serce nie wyskoczyło jej z piersi. Ten kot nie był dziwny. Ten kot w odczuciu kobiety był nienormalny. Była święcie przekonana, że ma wściekliznę. Jeszcze tego by jej brakowało, żeby ją ugryzł. Nie miała jednak zamiaru dać się zastraszyć dziwadłu na czterech łapach. W końcu to nie był żaden tygrys, żeby mógł ją pożreć w całości.
Nie zważając na niebezpieczeństwo ewentualnego zarażenia wścieklizną, otworzyła jedną z szuflad szafy, z której wyjęła grube rękawice i szybko naciągnęła je na ręce. Nie miała zamiaru dać się podrapać, co z pewnością miałoby miejsce, gdyby zbliżyła się do kota z gołymi rękoma.
Mały drapieżnik widząc, że nie poddała się spróbował ponownie ją wystraszyć nieoczekiwanym agresywnym dźwiękiem wydobywającym się z jego paszczy, ale nie zrażona chwyciła go mocno za futerko na karku i bezceremonialnie podniosła z parapetu. Nie obyło się przy tym bez walki. Kocur zaczął ponownie wściekle prychać i rzucać na oślep na wszystkie możliwe strony łapkami zakończonymi długimi pazurami. Furia w jaką wpadł zaskoczyła ją. Jeszcze nigdy nie widziała, by jakikolwiek kot tak gwałtownie reagował. Przy nim nawet wielki tygrys stawał się potulnym kociakiem. Ten kipiał ogromnym temperamentem drapieżcy.
Karen wyprowadzając zwierzaka z pokoju, pomimo rękawic ochronnych, nie ostała się bez znamion wojennych. Kotu udało się wbić pazury w jej skórę niejednokrotnie.
- Chcesz wojny, będziesz ją miał! – zapewniła swojego przeciwnika przez zaciśnięte zęby, żeby nie krzyknąć z bólu, kiedy ponownie ostre pazury dosięgły skóry.
Pospiesznie przeszła korytarzem prosto ku drzwiom pokoju brata i bez żadnych ceregieli weszła do środka. Miała ochotę rzucić tego furiata prosto na twarz Josha, ale musiała zabić w zarodku tą myśl, bowiem nie zastała go w jego „kwaterze”. Paliła się mała lampka na jego biurku, ale jego nie było.
Nie miała okazji dłużej ocenić stanu zastanego pokoju, bo kocur ponownie wbił swoje pazury. Tym razem nie była w stanie powstrzymać jęku bólu i instynktownie wypuściła agresora prosto na łóżko Joshuy.
Zagryzła mocno wargi i spojrzała na zjeżonego kota, który gniewnie ukazał swoje małe kły. Siedział jednak w miejscu, a Karen miała na tyle zdrowego rozsądku, by nie próbować ponownie się do niego zbliżyć. Wygrał tą walkę. Ale jeszcze nie wojnę.
Skrzywiła się. Ten kot w żadnym razie nie zostanie w jej domu. Nie miała zamiaru trzymać w nim terrorystów i nie miało znaczenia jakiego formatu. Teraz jednak dała sobie z nim spokój. Nie miała już siły na dalsze starcie. Przez tą walkę znowu rozbolały ją żebra.
Odsunęła się jak najdalej od łóżka brata w obawie, że agresor postanowi naznaczyć ostrymi pazurami jej twarz, która i tak już nie wyglądała najlepiej i rozejrzała się po pokoju. Miała wrażenie, że przeszedł przez niego huragan. Na każdym kroku natykała się na porozrzucane po podłodze ubrania, gazety – głównie dla dorosłych – i inne przedmioty, których zastosowania wolała sobie nawet nie wyobrażać.
Nogą odsunęła część porozrzucanych rzeczy, by utorować sobie przejście. Zbliżyła się do biurka, na którym piętrzył się stos grubych książek. Zdziwiła się na ten widok. Joshua nie należał nigdy do moli książkowych, czego nie można powiedzieć o niej. A już zwłaszcza nie lubił czytać. Ten fakt tym bardziej przyczynił się do wzbudzenia w niej ciekawości. Chciała już zerknąć na tytuły książek, by przekonać się, co też tak zainteresowało jej brata, kiedy na biurko skoczył jej nieprzyjaciel i z zadowoleniem utkwił na niej wzrok swoich czarnych jak węgielki ślepi. Tym razem to ona prychnęła z niezadowoleniem i zrezygnowana odwróciła się na pięcie z zamiarem wyjścia z pokoju. Nie chciała już dzisiaj zbliżać się do zwierzęcia, a tak się złożyło, że stał jej na drodze, by zaspokoiła swoją ciekawość.
Nie zrobiła nawet pięciu kroków, kiedy usłyszała za sobą okropny huk. Coś spadło z wielkim impetem na podłogę. Zacisnęła pięści i wargi, by nie rzucić się ponownie na kota, który przewalił stos książek z biurka jej brata. Odwróciła się i zobaczyła, że kocur wciąż siedział na blacie i z dziwnym zadowoleniem poruszał ogonem. Złośliwa bestia, pomyślała zaskoczona czynem zwierzęcia. Naprawdę zaczynasz działać mi na nerwy. Już wiem, dlaczego nie znoszę kotów. Wszystko niszczą, bo wszędzie się pchają.
Nic jednak nie powiedziała. Zlekceważyła nawet kota. Schyliła się tylko, by pozbierać z podłogi grube tomiska. Musiała uprzątnąć teraz szkodę wyrządzoną przez Behemota. Behemot, prychnęła. Co też strzeliło mojemu głupiemu bratu, żeby dać takie imię?
Chwyciła pierwszą z brzegu książkę i, kiedy spojrzała na napis na okładce, serce w niej zamarło: CZY WIDZIAŁEŚ DIABŁA?
Kilka słów od Autorki: Bez zbędnego przedłużania pojawiam się z kolejnym rozdziałem. Jest on nieco krótszy od poprzedniego i możliwe, że mniej ciekawy, aczkolwiek konieczny. Miłej lektury i do następnego razu!
P.S. W odpowiedzi na jeden z komentarzy:
Niektóre źródła podają, że Razjel jest upadłym aniołem, a niektóre po prostu, że aniołem. Jednakże na potrzeby tego opowiadania pełni on rolę tego upadłego.
2.
Sześć lat wcześniej…
Środek nocy. Bardzo mroźnej nocy, bowiem temperatura spadła do dwudziestu kilku stopni poniżej zera. Śnieg sypał zawzięcie od wczesnych godzin wieczornych i nic nie wskazywało, by szybko miał przestać. Zaspy śnieżne powiększały się z minuty na minutę.
Naokoło panowała cisza. Ulice były puste. Tylko gdzieniegdzie można było dostrzec bezdomnych złodziejaszków próbujących przetrwać noc.
Jeden z nich siedział w zaułku otulając się w stare koce znalezione szczęśliwie na śmietnisku. Próbował podtrzymać rozpalone przez siebie ognisko, ale padający śnieg bardzo utrudniał zadanie. Mężczyzna trząsł się z zimna i z trudem oddychał. Z każdą minutą czuł coraz większy ziąb i ból w całym ciele. Wiedział, że jeszcze trochę i odmrożą mu się kończyny. Sięgnął po butelkę z tanią gorzałą, by się chociaż odrobinę rozgrzać, ale okazała się pusta. Przeklął wulgarnie pod nosem i poprzysiągł pomstę Bogu za swój nędzny los.
W tym samym momencie zauważył kierującą się w jego stronę postać. Przez dłuższy czas dostrzegał tylko jej kontury i kształty. Należały one do jakiegoś mężczyzny. Nie minęło dużo czasu, kiedy zatrzymał się przed złodziejem.
Tajemniczy osobnik wyglądał na mężczyznę w wieku trzydziestu, góra trzydziestu pięciu lat. Do tego wysoki, dobrze zbudowany, o krótkich kruczoczarnych włosach. Był okropnie blady, co z początku bezdomny uznał za objawy zziębnięcia. Jednak pomimo swojej bladości miał ładne rysy twarzy, chociaż biła od niej jakaś mroczna aura, którą jeszcze bardziej potęgowały oczy. Albowiem oczy nieznajomego były czarne jak węgiel. Nie można było w nich odróżnić tęczówki od źrenicy. Głębię spojrzenia wzmacniały jeszcze grube, gęste czarne brwi. Na palcu przybysza dostrzegł złoty sygnet wysadzony jakimiś cennymi kamieniami, ale nie miał okazji dokładniej mu się przyjrzeć.
Mężczyzna robił piorunujące wrażenie. Nie można było przejść obok takiego osobnika obojętnie. Wyróżniał się on bowiem z tłumu. Jego oblicze nie można nazwać przeciętnym. Nieznajomy był piękny, ale bił od niego chłód.
Bezdomnego najbardziej zaskoczył ubiór mężczyzny. Miał na sobie jedynie ciemne spodnie i czarną koszulę z długim rękawem. Mimo tak nieodpowiedniego na tę porę roku stroju, nie przejawiał żadnych oznak, iż jest mu zimno. On sam tymczasem dygotał nie mogąc już wytrzymać tego okropnego ziąbu.
- Może mógłbym jakoś pomóc? – zagaił tajemniczy nieznajomy nie spuszczając z niego wzroku. Od bardzo długiego czasu nie mrugnął powiekami ani jeden raz.
- Jeśli zdołasz zdobyć jakąś gorzałkę i coś do żarcia, to tak – wychrypiał drżącym głosem obserwując parę wydobywającą się z własnych ust. Nie zauważył jej u mężczyzny.
- Dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych – odparł przybysz beznamiętnym tonem, po czym wyjął z jednej z kieszeni spodni butelkę wódki, a z drugiej jakieś zawiniątko z jedzeniem.
Bezdomny otworzył usta zaskoczony. Nie wiedział, jak wytłumaczyć tą sztuczkę. Kieszenie jego spodni nie mogły pomieścić tych rzeczy. To było niemożliwe. Wręcz nieprawdopodobne zjawisko.
- Czy coś jeszcze? – spytał nieznajomy wciąż trzymając w rękach wyjęte przedmioty.
- Zimno… - wymamrotał niepewnie, a mężczyzna uśmiechnął się z wyższością.
Po chwili buchnął w palenisku ogień, który wcześniej zdążył wygasnąć. Płomienie poczęły żarzyć się intensywnie pomarańczowym kolorem.
Złodziejaszek oniemiał i jak zahipnotyzowany wpatrywał się w tańcujące ogniki. Natychmiast poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele.
Nieznajomy zbliżył się do niego, ale mężczyzna nie zauważył, żeby skóra wędrowca przybrała naturalniejszy odcień pod wpływem ciepła. Pozostała tak samo biała, jak wcześniej. Tajemniczy gość wyciągnął rękę z butelką, więc długo się nie zastanawiając chciał ją chwycić, ale on szybko się cofnął.
- Nie ma na tym świecie niczego za darmo – oświadczył lodowatym głosem.
- Czego w takim razie Pan chce w zamian? – zapytał nie wiedząc, czego ma się spodziewać. – Nie mam nic, co mógłbym zaoferować. Jestem biedakiem.
- Ostatni dzień twojego życia – odparł lekceważąc oświadczenie mężczyzny.
Bezdomny spojrzał na niego zszokowany. Uznał, że ma do czynienia z wariatem, który nie dość, że chodzi w mrozie niemalże nagi, to jeszcze ma coś nie po kolei w głowie. Ale bogatym wariatem, usłyszał jakiś głos w swojej głowie, po czym zauważył wystający z kieszeni nieznajomego plik banknotów.
- To też dostanę? – wskazał na pieniądze.
Przybysz roześmiał się donośnie i rzucił banknoty w śnieg. Złodziejaszek odruchowo sięgnął za nimi. Podniósł je i przeliczył. Jeszcze nigdy nie trzymał w rękach tylu pieniędzy. Uszczęśliwiony ucałował mamonę.
- Ostatni dzień twojego życia – powtórzył nieznajomy z naciskiem.
- Zgoda – powiedział dla świętego spokoju, zaprzątnięty wizją tego, co zrobi z taką pokaźną sumą pieniędzy. Śmiał się w duchu, że natrafił na bogacza niespełna rozumu.
Ten po usłyszeniu oświadczenia położył wódkę i jedzenie w pobliżu biedaka, po czym wyciągnął w jego stronę rękę, którą mężczyzna uścisnął. Jego dłoń była lodowata. Nagle poczuł przeszywający ból, jakby wbijano w niego miliony sztyletów. Zauważył, że leci mu krew z nosa, która odznaczyła się na śniegu.
Przestraszył się i wypuścił rękę przybysza. Dotknął szybko swój nos, ale nie było żadnej rany. Ponadto po krwi nie było już śladu.
Kiedy podniósł z powrotem wzrok, nieznajomego także nie było. Odetchnął z ulgą. Następnego dnia całkowicie zapomniał o tym dziwnym spotkaniu.
Bezdomny wciąż zajmował ten sam zaułek, co mroźną zimą sześć lat wcześniej. Tym razem panowała wiosna. Wszystko w koło już jakiś czas temu obudziło się do życia po kolejnej ostrej zimie. Noc była wyjątkowo ciepła. Termometry mogły sięgać nawet piętnastu stopni powyżej zera, co jak na Anglię, jest niesamowitym zjawiskiem, zważywszy, że jeszcze kilka lat temu taka wysoka temperatura odczuwalna była jedynie w ciągu dnia, a teraz dochodziła pierwsza w nocy.
Mężczyzna dzielił „kwaterę” z innym złodziejem, któremu udawało się szmuglować bimber. Jak co noc grali w pokera i upijali się, kiedy nagle w ich zaułku pojawiły się trzy postacie.
Trzech mężczyzn zatrzymało się przed małą szajką. Jeden z nich miał brunatną skórę i rudawe, kędzierzawe włosy, których grzywa opadała na twarz zasłaniając czoło. Był ogromny niczym niedźwiedź, przez co jego oblicze oddawało jakąś pierwotną dzikość. Ponadto miał na sobie czerwony żołnierski mundur i złotą koronę na głowie. Drugi osobnik posiadał długie, proste i siwe włosy, pomimo, że był młody. Wyglądał na dwudziestokilkulatka, a jego aparycja nasuwała stwierdzenie, iż jest albinosem. Przerażające w nim były płomienne oczy i bardzo czerwone wargi. Do tego kredowo - biała skóra. Podobnie jak rudowłosy był dziwacznie ubrany w królewski, ciemnozielony żakiet z bufami i spodnie w podobnym staroświeckim stylu. Cały strój wysadzany był jakimiś drogocennymi kamieniami. Mężczyzna musiał być bardzo zamożny. Wyglądał, jak nie z tej epoki. A mamy w końcu XXI wiek. Bezdomny pomyślał, że musi należeć do rodziny królewskiej, chociaż nie przypominał sobie, by królowa Elżbieta miała jeszcze jakiegoś wnuka poza książętami Harrym i Williamem. Chyba, że go ukrywa przed światem. W końcu z taką prezencją nabawiłby jej nie mało rozgłosu.
Dopiero po dłuższej chwili złodziej dostrzegł trzeciego mężczyznę, który wyszedł z cienia i ukazał się w pełnej okazałości. Od razu go poznał. W pierwszej chwili myślał jednak, że ma alkoholowe halucynacje. Spojrzał na sygnet tajemniczego gościa, a potem w jego mroczne oblicze. Zamarł. Przypomniał sobie swoją obietnicę. Jestem za młody, przemknęło mu przez myśl. Nie mogę tak młodo umrzeć. Jeszcze nie teraz, Boże.
- Czym jesteście?! – wykrztusił z wyczuwalnym strachem.
- Złe pytanie – przemówił płomiennooki „książę Windsor” ochrypłym i złowrogim głosem. – Z szacunkiem do wyższych od siebie, ty plugawa ścierwo!
- Czego ode mnie chcecie?! – wyjąkał już przerażony.
Jego towarzysz zerwał się na nogi z zamiarem ucieczki, ale żołnierz go zatrzymał i rzucił nim z całej siły o ścianę. Ten jęknął z bólu i upadł na ziemię. Nie ośmielił się już nawet drgnąć.
- Odbieramy tylko dług – wyjaśnił nieznajomy podchodząc do mężczyzny. – Chyba pamiętasz naszą małą umowę?
- Jaki dług? Jaka umowa? – zapytał próbując się wykręcić.
- Nie wie, o czym mówię – stwierdził czarnowłosy zwracając się do swoich towarzyszy. – Wygląda na to, że najwyższa pora przywrócić mu pamięć.
Oczy płomiennookiego jeszcze bardziej zapłonęły, a rudowłosy zagrodził przejście, by tamten nie mógł uciec. Mężczyzna mimo to rzucił się do ucieczki, ale jednym silnym ruchem został przygnieciony do muru przez murzyna.
- Ratunku! Boże! – krzyczał próbując się wyrwać z tego uścisku.
Nieznajomy roześmiał się złowrogo, a po chwili zawtórowali mu jego towarzysze.
- Wzywasz Boga, grzeszniku? – stwierdził z wyczuwalną kpiną w głosie, a jego czarne jak węgiel oczy zapłonęły ogniem. – Żałosna istoto! Nawet Bóg już ci nie pomoże! Nie krepuj się Balam – dodał podchodząc do drugiego z mężczyzn.
Po chwili rozległ się okropny krzyk, który przypominał pisk zarzynanego zwierzęcia. Drugi złodziej zobaczył, jak siwowłosy wpił się w szyje jego kolegi niczym pijawka. Nie minęło dużo czasu, kiedy mężczyzna opadł na ziemię wydając z siebie ostatnie tchnienie.
- Podarujesz mi ostatni dzień swojego życia? – spytał Razjel kolegę zmarłego kuszącym głosem. – Nie? Szkoda. I tak się spotkamy w piekle. - Stwierdził, po czym nachylił się nad zwłokami złodziejaszka, z którym zawarł umowę. Z ust trupa wydobyła się para, którą tamten połknął. Nie minęło dużo czasu, kiedy z drugim mężczyzną zrobił to samo, po czym zniknął. Pozostawiając parę zwłok pozostała dwójka oddaliła się w nieznanym kierunku. Ślad po nich zaginął.
Kilka słów od Autorki: Po krótkim wstępie czas na rozwinięcie tematu. Nie wiem, czy sprawdzę się w pisaniu opowieści z pogranicza gatunku grozy i fantastyki, ale postanowiłam spróbować. Z pewnością znajdą się tutaj również inne wątki (możliwe, że nawet przeważające), ale nie wybiegajmy za daleko w przyszłość. Póki co możecie zapoznać się z rozdziałem pierwszym i głównymi bohaterami. Na koniec mała prośba do osób zainteresowanych śledzeniem owej historii: jeśli chcesz być informowany o kolejnych rozdziałach zostaw swój numer gg :) To tyle. Udanej lektury i do następnego razu!
1.
Bar „Riddle & Finns” znajdujący się w Brighton, jak co wieczór odwiedziła cała masa gości. Kelnerki miały urwanie głowy i z ledwością wyrabiały się z przyjmowaniem oraz realizowaniem zamówień.
Rudowłosa właścicielka i zarazem pracownica zatrzymała się przy stoliku zajmowanym przez przyjaciółkę i westchnęła z rozpaczą.
- Przepraszam, że musiałaś tak długo czekać – oznajmiła stawiając przed młodą kobietą filiżankę z czarnym espresso.
- W porządku. Chociaż przydałaby się wam jeszcze jedna para rąk do pomocy – zauważyła dwudziestoczterolatka ze współczującym uśmiechem.
Miała półdługie, proste włosy, które z góry były w odcieniu miodowego blondu, a od spodu czarne. Ten kontrast podkreślał jej śniadą karnację i delikatne rysy twarzy, a duże, intensywnie niebieskie oczy nadawały twarzy anielskiego wyglądu. Ponadto potrafiła podkreślić swoją niewątpliwą urodę odpowiednim makijażem i strojem, a buty na wysokich obcasach wydłużały jej nogi i dodawały nieco centymetrów, zważywszy, że miała zaledwie metr sześćdziesiąt wzrostu.
- Wiem, ale nie tak łatwo o dobrą kelnerkę – wyznała ruda posyłając w stronę męża, który ją poganiał gniewne spojrzenie. Shane jednak nie zwrócił na ten gest najmniejszej uwagi. Za bardzo był skupiony na obsługiwaniu baru. – Te, które się zgłosiły oprócz urody i seksapilu miały niestety dwie lewe ręce. A to nie domek dla lalek, tylko bar. Karen, mogę mieć do ciebie prośbę?
- Jasne.
- Wiem, że nie powinnam cię znowu o to prosić, ale mogłabyś nam pomóc? – spytała spoglądając na przyjaciółkę błagalnie. – Tylko przez godzinkę, góra dwie. Wiem, że jutro musisz wcześnie wstać do redakcji, ale…
- Lorena! Daj spokój – przerwała jej blondynka z uśmiechem. – Przecież wiesz, że z chęcią ci pomogę. Najwyżej pośpię trochę krócej niż zazwyczaj. To żaden problem.
- Karen Wildwolf jesteś aniołem! – zawołała ruda z wdzięcznością.
- Bez przesady – odparła upijając kilka łyków kawy.
- No, tak. Zapomniałam pani ateistko, że nie wierzysz w istoty nadprzyrodzone – zażartowała i skierowała się do stolika obok, by przyjąć kolejne zamówienie.
Tymczasem Karen wypiła swoją kawę, po czym skierowała się na zaplecze, gdzie zamieniła swoją zwiewną, czerwoną bluzkę na koszulkę w tym samym kolorze, ale z nazwą i logo baru. Była na tyle długa, że zasłaniała krótkie, czarne spodenki, które miała na sobie tego wieczoru. Pospiesznie chwyciła jakiś notatnik wraz z długopisem i podeszła do jednego ze stolików przyjąć zamówienia.
Miała już wprawę w kelnerowaniu, bowiem nie pierwszy raz pomagała właścicielom „Riddle & Finns”, kiedy któraś z kelnerek zachorowała. Z pewnością byłaby idealną kandydatką do pracy w barze Loreny i Shanea, ale pracowała już w redakcji jednej z brytyjskich gazet. Prowadziła dział literacki, gdzie umieszczała najciekawsze opowiadania nadesłane przez czytelników, albo czasem swoje własne. Od czasu do czasu pisywała również artykuły związane z najciekawszymi zdarzeniami w Brighton, pomagając tym samym swojemu koledze z redakcji o imieniu Andrew, kiedy był obciążony nadmiarem zadań. Bardzo lubiła tą pracę, bo pozwalała rozwijać jej umiejętności pisarskie. A przynajmniej chciała wierzyć, że takowe posiada.
Dopiero pół godziny przed północą, klientów zrobiło się mniej, dlatego Lorena uznała, że dalej dadzą sobie radę bez jej pomocy. Jeszcze raz podziękowała przyjaciółce za wsparcie i chciała zamówić taksówkę, która zawiozłaby blondynkę prosto do domu, ale Karen postanowiła się przejść. W końcu mieszkała jakieś dziesięć minut drogi stąd, a nocne spacery nie były u niej czymś nadzwyczajnym.
- A jak tam Josh? Wrócił w końcu do domu? – zapytała Lorena zanim Karen opuściła bar.
- Tak. Wrócił, jak gdyby nigdy nic o piątej nad ranem. Myślałam, że go rozszarpię – wyznała złoszcząc się na samo wspomnienie. – I nawet nie raczył mi wyjaśnić, gdzie był całą noc. Powiedział tylko, że i tak mu nie uwierzę.
- Ach, te nastolatki. Nie przejmuj się. Kiedyś ten bunt minie – pocieszyła ją z lekkim uśmiechem.
- Mam dość. Nie mam już do niego siły. Za dużo sobie pozwala. Wiem, że nigdy nie zastąpię mu rodziców, ale do cholery jestem jego siostrą i należy mi się, chociaż odrobina szacunku! – wyznała z goryczą. - A wiesz, co jest najlepsze?
Lorena wzruszyła ramionami dając jej tym samym znać, że nie ma pojęcia.
- Przyniósł do domu kota – oświadczyła już zdenerwowana. – A doskonale wie, że nie znoszę tych zwierząt. Kazałam mu się go pozbyć, to stwierdził, że nigdy mi tego nie wybaczy. A to już jest szantaż emocjonalny!
Lorena wraz z Shanem roześmiali się. Doskonale wiedzieli, że kot i ona to złe połączenie.
- I co zrobisz? – zapytał mąż jej przyjaciółki; mężczyzna normalnej budowy ciała, przeciętnego wzrostu, jasnej karnacji, która kontrastowała z ciemnymi włosami i oczami. – Pozwolisz się tak szantażować i zatrzymasz nowego przyjaciela brata jednocześnie skazując się na dyskomfort, czy go wykopiesz i do końca życia pozostaniesz z Joshem na wojennej ścieżce?
Shane od zawsze potrafił w mgnieniu oka analizować sytuacje i wyciągać odpowiednie wnioski. Nawet teraz dał Karen do zrozumienia, że stanęła przed konfliktem tragicznym i nie ważne, którą opcję wybierze, to i tak poniesie klęskę; albo narazi się bratu, albo sama założy sobie na szyję sznur. Sama już nie wiedziała, co gorsze.
- Nie wiem. Mam dylemat. Gdyby ten kot był jeszcze normalny!
- A co z nim nie tak?
- Wygląda całkiem przyzwoicie, jak na kota. Biała sierść, duże czarne oczy. Kot jak kot. Ale zachowuje się jakby miał wściekliznę. Nie da się dotknąć, reaguje bardzo agresywnie. Albo siedzi bez ruchu i nie reaguje na żadne zaczepki. Nic nie je, ani nie pije, ale może to zmiana otoczenia. Przynajmniej ja osobiście nie chcę mieć z nim nic do czynienia – stwierdziła, chociaż i tak przeczuwała, że w końcu ulegnie. Zresztą, jak zawsze.
- Skąd Joshua go w ogóle wytrzasnął?
- Nie mam bladego pojęcia. W końcu i tak mu ponoć nie uwierzę. I tak stałam się okropną, starszą siostrą, która nie chce trzymać pod swoim dachem kota psychopatę – podsumowała, po czym pożegnała się z przyjaciółmi i opuściła „Riddle & Finns”.
Na zewnątrz panowały ciemności. Było już po północy, kiedy Karen skręciła w dobrze jej znaną parkową alejkę i powoli skierowała się w stronę bramy wyjściowej.
Pokonała już połowę drogi, kiedy bardziej poczuła, niż usłyszała, że ktoś za nią podąża. Obejrzała się za siebie i dostrzegła dzięki nikłemu oświetleniu, jakie dawała jedna z latarń, białego kota. Skradał się za nią z kocią gracją, niemalże niedosłyszalnie stąpając po dróżce. Prychnęła pod nosem chcąc go przestraszyć, ale ten tylko spojrzał na nią jakby z politowaniem.
- I co masz zamiar mnie teraz prześladować? – zapytała zwierzę, które szło krok w krok za nią.
Kot oczywiście nic nie odpowiedział, ale dalej podążał za nią alejką, dając do zrozumienia, że taki ma właśnie zamiar. Przystanęła, więc zwierzak zrobił to samo. Spojrzała na niego z zainteresowaniem. Bardzo przypominał kota, którego przyprowadził do domu jej młodszy brat. Cały biały, z wielkimi czarnymi, jak węgiel oczyskami i czarnym znamieniem na jednej z przednich łap. Po chwili jednak stwierdziła, że to może równie dobrze być całkiem inny kot. W końcu jest ich na pęczki; białych, szarych, czarnych, rudych, do wyboru do koloru. Poza tym niby skąd on by się tutaj znalazł? Chyba że wyszedł z domu i zabłądził. Tak, to było możliwe.
- Och, odczep się ode mnie! – zawołała, kiedy ponownie za nią ruszył. Ale się nie odczepił. Był gorszy niż rzep u psiego ogona. Nadal dumie kroczył za nią nie zwracając najmniejszej uwagi na próby wystraszenia go.
Kiedy ponownie się odwróciła i spojrzała na zwierzę dostrzegła idącego za nimi potężnie zbudowanego mężczyznę o prostych blond włosach sięgających ramion, które zasłaniały mu większą część twarzy. Nie od razu go poznała, a kiedy zdała sobie sprawę z tego, kim jest owy człowiek, poczuła lekki niepokój.
Mężczyzna z tego, co pamiętała miał na imię Karl i był jednym z dzisiejszych gości „Riddle & Finns”. Obsługiwała go, a on składał jej niemoralne propozycje, które taktownie odrzucała. Wyglądało na to, że tak szybko się nie poddawał.
Nie zatrzymała się. Przyspieszyła nieco kroku, czym najwyraźniej rozzłościła mężczyznę, gdyż niespodziewanie rzucił się za nią w pogoń. Na drodze stanął mu jednak kot, który prychnął na blondyna. Ten bez jakichkolwiek oporów kopnął zwierzaka, tak, iż spadł na cztery łapy kilka metrów dalej. Zjeżył się cały i prychnął wściekle. Po chwili jednak uciekł za drzewo. No, i to by było na tyle, jeśli chodzi o mojego obrońcę, pomyślała i długo nie czekając zaczęła biec przed siebie, ale nie minęło dużo czasu, kiedy ją powalił na chodnik. Przy tym upadku rozwaliła sobie łokieć i kolano, ale to był jej najmniejszy problem. Karl przycisnął ją swoim ciałem do ziemi i zaczął obmacywać. Krzyczała przerażona próbując wydostać się spod niego. Zdesperowana uderzyła obolałym kolanem w krocze napastnika. Uderzenie okazało się dość silne, by zawył z bólu i puścił jej ręce. Podniósł się do pozycji klęczącej, dlatego Karen wykorzystała moment jego słabości, szybko odpychając go od siebie wstała i przestraszona zaczęła biec w stronę bramy wyjściowej. Nie było to łatwe, zważywszy, że miała buty na obcasach, które ją spowalniały. Oczywiście nie zdołała mu uciec, dogonił ją i pchnął prosto na jedno z drzew. Poczuła okropny ból pleców i zsunęła się w dół pnia prosto na ziemię. Nie była w stanie się podnieść.
Napastnik podszedł do kobiety rozbawiony jej słabością, po czym kopnął w jedną z nerek. Nie mogła powstrzymać jęku bólu, który mimowolnie wydobył się z ust. Mężczyzna powtórzył swoje uderzenia jeszcze kilka razy, a Karen dostrzegła w jego oczach odmalowaną satysfakcję, kiedy wiła się obolała przyciskając dłonie do atakowanej części ciała. Powoli zaczynała tracić świadomość ogłuszana coraz silniejszym bólem. Gdy uderzył ją w twarz zaczęła pluć krwią. Karl nie miał jednak dosyć, bowiem zacisnął dłonie na szyi kobiety i zaczął ją dusić. Wyglądało na to, że miał zamiar się z nią zabawić, kiedy już będzie martwa.
Karen była przekonana, że to jej koniec. Myślała, że zaraz zginie, ale Karl nagle przestał ściskać gardło, więc kaszląc i zachłannie łapiąc bezcenne hausty powietrza odzyskiwała świadomość. Kiedy doszła do siebie zorientowała się, że blondyna obok niej nie było. Zauważyła za to jakąś postać stojącą tyłem w niedalekiej od niej odległości.
Nie był to Karl, tylko jakiś inny mężczyzna. Swojego oprawcę zauważyła nieco później, gdy ten rzucił się nieoczekiwanie na jej obrońcę, ale nie zdołał mu nic zrobić. Tymczasem nieznajomy zacisnął jedną rękę na gardle blondyna i podniósł go na niej do góry, tak, iż tamten oderwał się stopami od ziemi. Wisiał w tej pozycji kilkadziesiąt sekund, po czym „Herkules” rzucił Karlem o drzewo niczym szmacianą lalką. Poszkodowany zawył z bólu, a po chwili zaczął wrzeszczeć przerażony w niebogłosy, jakby zobaczył coś potwornego. Karen zdziwiła się, jak zmieniło się zachowanie mężczyzny. Nie wyglądał już jak bezduszny złoczyńca, a jak bezsilne i przestraszone jagnię uciekające przed wilkiem.
Nie było jej go żal. Patrzyła na swojego niedoszłego zabójcę z pogardą i pewną dozą rozbawienia, kiedy niemalże na czworakach zaczął uciekać.
Tajemniczy nieznajomy otwarcie roześmiał się na ten widok, a kiedy dostrzegł, jak Karl dobiega do bramy wyjściowej, zawołał tak doniosłym głosem, choćby użył do tego megafonu, że przed nim nie ma ucieczki. Blondyn nie wziął sobie tego oświadczenia do serca, więc po chwili mężczyzna z nieprawdopodobną szybkością go dogonił, zanim ten opuścił park. To wyglądało wręcz nieprawdopodobnie. Nieznajomy znalazł się przy blondynie z prędkością światła. Na dodatek zagrodził mu przejście, dlatego Karl zawrócił w drugą stronę. Nieznajomy ponownie go wyprzedził. Zmuszony był zrobić tak kilkakrotnie, czym jeszcze bardziej przestraszył i zdezorientował napastnika. Ten już zdesperowany wbiegł prosto na jezdnię, gdzie niespodziewanie wpadł pod samochód.
Karen usłyszała okropny huk i jak na zwolnionym filmie zobaczyła, jak mężczyzna upada na betonową drogę. Był to okropny widok dla oczu i nieco zaskakujące, i szokujące zakończenie całego zdarzenia.
Długo nie zastanawiając się, podniosła się z ziemi i najszybciej, jak mogła zaczęła iść w kierunku miejsca wypadku. Gdy znalazła się blisko ulicy dostrzegła wielką kałużę krwi znajdującą się pod ciałem poszkodowanego. Wydobywała się z jego głowy.
Kierowca, którym okazał się około sześćdziesięcioletni angielski gentleman, wpadł w panikę. Mamrotał przestraszony, że nie chciał go zabić. Zapewniał ją i nieznajomego, że to był wypadek, bo to on wbiegł mu prosto pod koła. Zaklął się nawet na Boga, czym najwyraźniej zirytował jej obrońcę. Zmęczony już biadoleniem starszego mężczyzny nakazał mu wsiąść z powrotem do samochodu i odjechać.
Kierowca nieco się uspokoił, ale uznał, że nie może tak postąpić, bo popełniłby przestępstwo. Nieznajomy nie wzruszył się tym wyznaniem, ani jego prawością. Gwałtownie złapał mężczyznę za ramię i zmusił go do spojrzenia sobie w oczy.
- Zapomnisz o tym, co tutaj się stało – oznajmił głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Rozumiesz?
- Tak. Zapomnę – wymamrotał tamten ulegle z wyczuwalnym niepokojem w głosie.
- Doskonale. Nie widziałeś nas – stwierdził spokojnie, ale stanowczo.
- Nie widziałem.
- Dobrze. A teraz wsiądziesz do swojego samochodu i odjedziesz prosto do domu. Nie możesz pozwolić, by Cecilia dłużej wyczekiwała twojego powrotu. Przecież wiesz, jak nie lubi, kiedy późno wracasz – powiedział nieznajomy tym samym tonem, co wcześniej.
- Tak, ona okropnie tego nie lubi – przyznał kierowca przestraszony wizją wściekłej kobiety, która najwyraźniej była jego żoną.
- Nie pozwól, więc jej dłużej czekać. W końcu pragniesz wrócić bezpiecznie w domowe pielesze, prawda? – zakończył, a Karen wyczuła w ostatnim stwierdzeniu ukrytą groźbę.
Starszy pan posłusznie skinął głową i pospiesznie wykonał polecenie. Karen nawet się nie obejrzała, kiedy jego już nie było.
Została sama z dziwnym człowiekiem, który teraz podszedł do leżącego na środku drogi ciała i przybliżył swoją twarz do twarzy Karla. W pierwszej chwili myślała, że ma zamiar wykonać na nim reanimację, ale mężczyzna nie sprawdził mu nawet pulsu.
- Co Pan robi? – spytała, ale nie uzyskała odpowiedzi.
Przez cały ten czas nie spuszczała wzroku z mężczyzny. Miała okazję nieco mu się przyjrzeć. Był wysoki, co od razu zauważyła. Mógł sobie liczyć nawet około metra dziewięćdziesięciu. Do tego dobrze zbudowany, o sportowej sylwetce. Miał na sobie czarną koszulę z długim rękawem, która jeszcze dodatkowo podkreślała jego męskie kształty, ciemne spodnie i obuwie w podobnej tonacji. Jego włosy były krótkie, w kolorze intensywnej czerni, a jego bladą niczym ściana twarz okalały baczki. Nie widziała dokładnie całego jego oblicza, ponieważ oglądała go z profilu, kiedy pochylał się nad poszkodowanym, więc nie mogła stwierdzić, jaki ma kolor oczu, czy są duże, małe, głęboko osadzone, czy może wyłupiaste. A oczy mogły powiedzieć dużo o człowieku, w końcu są uważane za zwierciadło duszy. Musiała jednak przyznać, że mężczyzna był atrakcyjny, pomimo surowości swoich rysów.
Kiedy dokonała już bliższego zapoznania z jego wizerunkiem zaczęła zwracać baczniejszą uwagę na jego poczynania.
Nagle z ust zmarłego wydobyła się jakaś para, którą on wciągnął w swoje usta. Po chwili po dziwnym zjawisku nie pozostało śladu, a mężczyzna wyprostował się i spojrzał w jej stronę kątem oka. Jego zachowanie napawało ją grozą. Było w nim coś niepokojącego, co przyczyniło się do jej chęci ucieczki.
Niewiele myśląc zaczęła się cofać w tył, po czym odwróciła się i ruszyła biegiem prosto przed siebie. Przebiegła z trudem kilkanaście metrów oglądając się co chwilę, by sprawdzić, czy nie ruszył za nią w pogoń, ale nigdzie go nie dostrzegła. Zatrzymała się zdezorientowana. Pomimo, że go nie widziała, czuła czyjąś bliską obecność.
Miała zamiar ponownie ruszyć przed siebie, a kiedy się odwróciła, on wyrósł przed nią jak spod ziemi. Krzyknęła przerażona na ten widok i instynktownie chciała uciec od mężczyzny, jak najdalej, ale w ostatniej chwili złapał ją za rękę, uniemożliwiając tym samym ten zamiar.
Spróbowała się wyrwać, ale nie dała rady. Skóra nieznajomego okazała się lodowato zimna, dlatego wstrząsnęły jej ciałem dreszcze. Ponowiła próbę oswobodzenia się z jego uścisku, ale tylko spowodowała swoim zachowaniem zniecierpliwienie mężczyzny. Szarpnęła się tak mocno, że niespodziewanie puścił jej rękę i straciła równowagę upadając na chodnik. Poczuła ból w kostce. Musiała ją sobie skręcić przy upadku.
Spojrzał na nią z góry, przez co wydał się Karen jeszcze bardziej przerażający. Odsunęła się od niego jak najdalej mogła, aż w końcu dotknęła plecami jednego z drzew. To spowodowało, iż uświadomiła sobie, że przed nim nie ucieknie. Postanowiła poczekać na jego ruch. Nie ośmieliła się już nawet drgnąć. Miała dziwne przeczucie, że wpadła z deszczu pod rynnę i tak naprawdę Karl w porównaniu do nieznajomego był potulny jak baranek, co oczywiście było czystym absurdem.
Nieznajomy tymczasem usiadł na stojącej naprzeciwko drzewa ławce i zaczął przyglądać się kobiecie z zainteresowaniem. Ona odwzajemniła to spojrzenie, nie wiedząc, czego ma się dalej spodziewać.
Jedna z latarń oświetlała twarz mężczyzny, więc dokładnie mogła rozróżnić rysy jego twarzy. Oczy miał duże, głęboko osadzone, które okalały grube, gęste brwi. Ich barwa była bardzo ciemna, ale znajdował się za daleko, by potrafiła ją sprecyzować. Posiadał średniej wielkości nos i dość duże usta, których rysy wyraźnie odznaczały się na bladej skórze. Potem dodała jeszcze inne jego atrybuty, które nasuwały pewną wizję tego, kim bądź czym jest. A ta wizja jeszcze bardziej spotęgowała jej strach.
- Jesteś wampirem? – spytała bez zastanawiania nad konsekwencją swojego pytania i możliwością twierdzącej odpowiedzi.
Nieznajomy roześmiał się kpiąco. Jego śmiech roznosił się głośnym echem po parku przez dłuższy czas i spowodował, że włosy stanęły jej dęba z przerażenia. Z trudem oddychała.
- Nie – odparł w końcu z wyraźną przyjemnością poddając się grze w zgadywanki. – A skąd ten pomysł?
- Jesteś bardzo blady, niemalże siny. Masz zimną skórę, puste spojrzenie, ogromną siłę i szybkość – wyjaśniła niepewnie. – Nie obraź się, ale wyglądasz jak umarły.
- Jesteś spostrzegawcza – stwierdził nie odrywając od niej spojrzenia. – Dobrze chociaż, że nie gniję – dodał ironicznie.
- Skoro nie wampirem, to może wilkołakiem? – nie dawała za wygraną, chociaż przeczuwała, że to, co mówi jest niedorzeczne. Najwyraźniej naczytała się w ostatnim czasie za dużo horrorów, stąd nagle przyszły jej do głowy, takie głupoty. Mężczyzna zapewne uzna ją za wariatkę, ale była w szoku, więc poczuła się nieco usprawiedliwiona. Poza tym była przestraszona i skołowana. Nie wiedziała, czy może już poczuć się bezpiecznie. Sama już nie wiedziała, co myśleć.
- Nigdy nie widziałaś tych stworzeń, prawda? – odparł, ale nie zostawił jej czasu na odpowiedź. – Gdybyś widziała od razu zorientowałabyś się, że nie jestem jednym z nich.
- A czym jesteś? – wydusiła czując każdy mięsień swojego obolałego ciała.
Dotknęła dłonią rozciętej wargi, z której sączyła się krew. Wytarła ją dłonią i skrzywiła się z bólu.
- Nie uprzejmie pytać w ten sposób – zauważył, a kobiecie zrobiło się głupio. Nie chciała go obrazić. W końcu jej pomógł. Kimkolwiek był. Chociaż z drugiej strony nie miała pewności, czy nie ma on złych zamiarów. Wolała go niczym nie rozzłościć.
- Przepraszam. Nie chciałam cię urazić – powiedziała ze skruchą. – To, kim jesteś? – dodała poprawiając uprzednią konstrukcję zdania.
- Poprawne było pytanie, czym jestem, ale zgodzisz się ze mną, że mało taktowne – stwierdził po namyśle. – A jestem czymś znacznie gorszym i potworniejszym niż wampiry, czy wilkołaki – poinformował jakby wyznawał, że woli lody bakaliowe od czekoladowych.
- To znaczy? – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu próbując wymyślić, co może być straszniejszego od tych istot. Nic jednak nie przyszło jej do głowy, dlatego z napięciem oczekiwała odpowiedzi z jego strony. Przez cały ten czas myślała jednak, że sobie z niej żartuje.
Nieznajomy nie spieszył się z wyjaśnieniem. Wstał z ławki i powoli podszedł do swojej rozmówczyni, po czym przy niej ukucnął. Utkwiła spojrzenie w jego pustych oczach i zdała sobie sprawę, że są czarne jak węgiel, a na dodatek nie posiadają tęczówek. Czytała kiedyś na temat pewnej choroby, która polegała na zaburzeniu rozwojowym charakteryzującym się brakiem tęczówki oka. W tym wypadku nie sądziła, by było to przyczyną tego stanu.
Nie mrugnął ani razu, czym jeszcze bardziej ją przestraszył. Spuściła wzrok, ale i tak dostrzegła, że wyciąga w jej stronę dłoń mającą długie i szczupłe palce; na środkowym prezentował się intrygujący owalny sygnet przedstawiający trójkąt, przy którego każdym wierzchołku znajdowała się wysadzona jakimś szlachetnym kruszcem liczba sześć.
- Jestem największym ludzkim koszmarem – oznajmił po chwili beznamiętnym tonem.
Karen nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć, dlatego milczała. Wyglądało na to, że nie ma do czynienia z człowiekiem. Czuła to od samego początku, ale dopiero teraz zaczęło to do niej docierać. O ile w coś tak irracjonalnego można uwierzyć.
- Czego najbardziej się lękasz? – zapytał przerywając ciszę, która zapanowała.
- Zapewne znajdzie się dużo takich rzeczy. Nie wydaje mi się, żebym należała do odważnych osób – oświadczyła. – Jeśli jednak mam wybrać to… - zawahała się i w konsekwencji nie dokończyła podjętego tematu zdając sobie sprawę, że lepiej nie ujawniać swoich słabości.
Przez cały czas przyglądał się kobiecie, a przynajmniej takie odnosiła wrażenie. W końcu dostrzegła błysk rozbawienia w jego mrocznych oczach. Uznał, że nie jest tak głupia, jak reszta śmiertelników, z którymi do tej pory się stykał.
- Wierzysz w Boga, Karen? – spytał nagle, a ona bardziej zdziwiła się, że zna jej imię, niż pytaniem.
- Nie. Nie wierzę – odpowiedziała. – Jestem ateistką.
- A w Szatana? – dopytywał z zainteresowaniem.
- Tym bardziej w niego nie wierze.
- A powinnaś – zapewnił, a jego czarne jak dotąd oczy zapłonęły czerwonym blaskiem.
- Jesteś nim? – wyszeptała drżącym głosem. Ten widok i perspektywa potwierdzającej odpowiedzi napawała ją lękiem. Właściwie wszystko w tym tajemniczym osobniku ją przerażało.
- Nie – odparł z zadowoleniem widząc cień strachu odzwierciedlający się na jej twarzy. – Mam na imię Razjel – przedstawił się nieco subtelniejszym głosem. – I jestem jednym z Książąt Ciemności. Szatan jest moim królem.
- Chcesz powiedzieć, że jesteś… - nie dokończyła.
- Tak, Karen. Masz do czynienia z diabłem – stwierdził ze spokojem obserwując reakcję kobiety. – Czart, bies, kusiciel i oszczerca, ojciec grzeszników, który za cel wyznaczył sobie kuszenie ludzi i czynienie zła. Arcymonarcha i arcydemon, jeśli wolisz takie nazewnictwo. Czy ja umarłam?, pomyślała wpatrzona w dziwną postać. – Cholera! Ten zbir mnie zabił i trafiłam prosto do piekła. Albo oszalałam. Sama już nie wiem, co gorsze...
- Nie umarłaś – usłyszała głos należący do Księcia Ciemności, który wyrwał ją z rozmyślań.
- Skąd wiesz, że…
- Skąd wiem, że o tym pomyślałaś? – przerwał kobiecie w połowie zdania. – Potrafię czytać w ludzkich myślach. To jedna z moich licznych zdolności.
- Dlaczego mnie uratowałeś? Diabły raczej nie ratują ludzi, to wbrew waszej naturze – stwierdziła skołowana. – Gdyby mnie zabił nie miałbyś wiele do roboty – zauważyła.
- Gdybym mu na to pozwolił straciłbym twoją duszę na zawsze – wyjaśnił od niechcenia. Najwyraźniej ta rozmowa zaczynała go nużyć. – Jest za czysta, by teraz trafić do piekła. Jak widzisz nie robię tego z dobroci serca. Właściwie to już dawno przestało być przeze mnie używane.
- Ale przecież jestem ateistką – zwróciła mu na ten fakt uwagę. – Już samo to czyni mnie grzesznicą.
Razjel roześmiał się.
- To, że nie wierzysz w Boga nie oznacza, że On nie wierzy w ciebie – oświadczył krzywiąc się na samą myśl. – Ateizm nie czyni cię potępionym. Aczkolwiek znacznie cię do nas przybliża.
- Więc mnie nie zabijesz, tak jak jego? – chciała się upewnić, że może w końcu poczuć się bezpiecznie. Z drugiej strony w jego towarzystwie, był to raczej mało prawdopodobny komfort.
- Jeszcze nie teraz – zapewnił, a ona nie wiedziała, czy ma się z tego powodu cieszyć, czy płakać.
- Co mu zrobiłeś? – spytała spoglądając w stronę jezdni, gdzie leżał martwy mężczyzna.
- Nakarmiłem się jego duszą – odpowiedział beznamiętnie. – Była wyjątkowo apetyczna – dodał po chwili, a Karen się skrzywiła.
Diabeł wstał, po czym z powrotem skierował się ku ławce. Karen długo nie czekając poszła w jego ślady i powoli podniosła się z ziemi. Z trudem jej się to udało. Jęknęła cicho z bólu łapiąc się pnia drzewa, żeby nie upaść. Na Razjelu nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Nie wzruszył go jej widok w tak marnym stanie. Wiedziała, że nie może się po nim spodziewać żadnego ludzkiego odruchu.
- Więc pozwolisz mi odejść? – spytała niepewnie starając się zapanować nad drżeniem głosu.
- Pozwolić ci odejść?! – zawołał rozbawiony. – Ależ oczywiście.
- Tak po prostu? – zdziwiła się.
Kiedy wypowiedziała te słowa zerwał się bardzo silny wiatr, który wzniecił tumany kurzu i zgasły wszystkie latarnie oświetlające parkową alejkę. Zapanował straszliwy mrok. W tych ciemnościach nie była w stanie niczego dostrzec. Poczuła się zdezorientowana i jednocześnie zatrwożona. Okręciła się dookoła niepewna tego, co może się wydarzyć. Nagle dostrzegła dwie czerwone plamy w ciemności. Nie od razu domyśliła się, co to takiego. A kiedy dotarło do niej, że są to oczy diabła zaczęła histerycznie krzyczeć. Musiała być okropnie naiwna skoro myślała, że on pozwoli jej tak po prostu odejść. W mgnieniu oka znalazł się przy niej, czym bardzo ją przeraził. Straciła równowagę i upadłaby, gdyby odruchowo nie chwyciła Razjela za łokieć. Książę Ciemności podtrzymał ją, po czym szybko zacisnął palce na jej szczęce i przybliżył twarz kobiety do swojej twarzy. Ten uścisk był niemało bolesny, a na dodatek zmuszona była stać na palcach, by chociaż odrobinę dorównać mu wzrostem. W końcu diabeł był od niej wyższy prawdopodobnie trzydzieści centymetrów, przez co poczuła się strasznie mała i bezbronna. Widziała tylko te jego przerażające oczy, gdyż resztę fizjonomii spowijał mrok.
- Ostatni dzień twojego życia – oznajmił lodowatym głosem nie zważając na to, czy robi jej krzywdę. – Podarujesz mi go?
- Ostatni dzień życia? – powtórzyła nie mało zaskoczona. – To już nie chcecie ludzkich dusz?
- Podarujesz mi go?! – nie zwrócił uwagi na jej pytanie.
- Co się stanie, jeśli odmówię? – chciała wiedzieć, chociaż przeczuwała, jaka będzie odpowiedź.
- Odmówisz, umrzesz. Zgodzisz się i tak umrzesz.
- To, co to za wybór?
- A kto powiedział, że go masz? Wybrałem cię i nie dam ci już spokoju – poinformował złowrogo.
- Ale wcześniej powiedziałeś, że mnie nie zabijesz. Przynajmniej nie teraz – przypomniała, a oczy Razjela przybrały jeszcze intensywniejszą barwę ognia.
- Mam czas. Mogę poczekać. Ale wcześniej czy później zgrzeszysz tak bardzo, że będę mógł zagarnąć twoją duszę. Wtedy ponownie zadam ci to pytanie. A ty będziesz musiała dokonać wyboru. I lepiej dla ciebie, żeby to była pozytywna odpowiedź. Pytałaś, dlaczego nie pozwoliłem mu cię zabić. Odpowiedź jest prosta. Nie odmówiłbym sobie przyjemności osobistego pozbawienia cię życia. Jeszcze się spotkamy, Karen. Możesz być tego pewna – odparł i wypuścił jej twarz z uścisku. – Teraz pozwól, że udam się odebrać dług. Saison en enfer* uważam za otwarty.
Nie znała francuskiego, więc nie wiedziała, co uważał za otwarte. Domyśliła się jednak ze sposobu, w jaki wypowiedział końcowe zdanie, że nie wróży to niczego dobrego. Chciała coś odpowiedzieć na tą jawną groźbę, lecz latarnie ponownie zaświeciły, a wiatr ucichł. Zdała sobie sprawę, że jest sama. Po diable nie było już śladu. Po prostu rozpłynął się w powietrzu i zniknął. Tak, jakby wcale go tam nie było. Jakby był jedynie wytworem jej przerażonego umysłu. Fatamorganą, której dała się zwieść.
* Saison en enfer [ sezą ânâfer] (fr. ‘sezon w piekle’ ) czas biedy, nieszczęść i załamania duchowego.
Kilka słów od Autorki: Witam! Na wstępie pragnę zaznaczyć, iż opowiadanie, które będziecie mieli okazję czytać w dużej mierze różni się tematyką od tych prezentowanych już przeze mnie na mylogu, dlatego zastrzegam, iż wszystkie postaci i zdarzenia pojawiające się w opowiadaniu są fikcyjne i jako fikcję literacką należy je traktować; blog może zawierać także treści o charakterze religijnym mogące odbiegać od powszechnie głoszonych doktryn, a ich celem nie jest urażenie czyichkolwiek uczuć, czy podważenie czyjejś wiary. Tylko od Ciebie drogi czytelniku zależy, czy zechcesz to czytać. Ponadto przypominam, że wszystkie prawa autorskie są zastrzeżone, zgodnie z Ustawą z dnia 4 lipca 1994 roku o Prawie Autorskim i Prawach Pokrewnych. Nie przedłużając - przyjemnej lektury.
* „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą! Bójcie się raczej Tego, który może wtrącić do piekła i duszę i ciało”
Mt 10,28
Prolog.
Dochodziła północ. Na jednym z opuszczonych placów miasta Brighton położonego w hrabstwie East Sussex, nad kanałem La Manche w Anglii, pojawiła się grupka składająca się z kilkunastu osób przyodzianych w czarne peleryny z kapturami założonymi na głowy, rodem z Harry'ego Pottera, by wziąć udział w sekciarskim spotkaniu. Należeli oni do wyznawców Szatana i tej nocy mieli zamiar odprawić czarną mszę.
Dużo wcześniej przygotowali bardzo skrupulatnie ołtarz, pomalowali część chodnika czarną farbą, na którą następnie nanieśli pentagram zwrócony jednym wierzchołkiem ku dołowi, zwany Pentagramem Odwróconym, Czarnym bądź Pentagramem Baphometha. Miał on przedstawiać profanum, czyli człowieczeństwo, a przede wszystkim odzwierciedlać wyższość żądz i emocji nad rozumem, przez co stał się tak popularnym znakiem satanizmu. Kiedy wykonali już „pieczęć Baphometha” zapalili świece, które ustawili na każdym końcu ramion pentagramowej gwiazdy i podobnie oznaczyli nimi okrąg, w który została ona wpisana. Przyprowadzili nawet białego kota, jako symbol niewinności, by złożyć jego krew w ofierze swojemu „bogu” i tym samym oddać mu cześć.
Wszyscy bez wyjątku rozsiedli się wokół „oka Lucyfera”, a jeden z uczestników, który zapewne był przywódcą, zajął centralne miejsce na podwyższeniu, aby stać się widocznym dla pozostałych.
Mężczyzna ten miał ponad czterdzieści lat, dość szpetną, niemalże barbarzyńską twarz, postawę wikinga i odmalowane szaleństwo w ciemnych oczach. Kiedy zsunął kaptur na jego głowie ukazały się diabelskie rogi, które stanowiły element kostiumu na bal przebierańców. Ponadto na kolanach trzymał obszernej grubości księgę, która stanowiła mroczny odpowiednik chrześcijańskiej Biblii, przez co zresztą nazwana została „Biblią Szatana”.
Resztę zgromadzonych stanowili młodzi ludzie w wieku od siedemnastu do nie więcej niż trzydziestu lat; zarówno mężczyźni, jak i kobiety.
Punktualnie o północy rozpoczęli odprawiać swoje ‘nabożeństwo’. Śpiewali pieśni w niemożliwym do zidentyfikowania języku, które brzmiały bardzo złowrogo i odpychająco. Co jakiś czas powtarzali łacińską frazę: rex tremendae maiestatis *, pochodzącą z pieśni religijnej „Dies irae”, która stała się refrenem ich własnego dziwacznego hymnu. Wszyscy zebrani wyglądali, jakby wpadli w jakiś narkotyczny trans, który sprawiał im niesłychaną rozkosz.
Całemu temu obrzędowi przyglądało się z ukrycia dwoje siedemnastoletnich chłopców. Obaj byli ciekawi, gdzie o tak późnej porze wymyka się nastoletnia sąsiadka jednego z nich. Tej nocy postanowili udać się w ślad za dziewczyną i zaspokoić swoją ciekawość. A gdy dotarli za nią w od dawna nieuczęszczane przez nikogo rejony Brighton, dostrzegli gromadkę ludzi na pustym placu otoczonym z jednej strony gęstym, ciemnym lasem, a z drugiej niewielkim, choć stromym wzgórzem, które wśród ludności uchodzi za diabelskie. Zapewne owe przekonanie wiąże się z tym, iż księżyc oświetlając przebywające tam postacie z boku, sprawia, że ich cienie stają się nadzwyczaj wydłużone.
Postanowili ukryć się w gęstwinie drzew skąd mieli doskonały widok na okolice, a ponadto idealną kryjówkę, która zapewniała im niewidoczność; zwłaszcza, że dookoła panował mrok, rozświetlany jedynie prześwitem zamglonego księżyca i płonącymi świecami w miejscu zgromadzenia przerażająco wyglądających ludzi. Zapewne, gdyby nie zabrali ze sobą lornetek nie byliby w stanie dostrzec poczynań tychże nocnych marków. Przyrządy optyczne bardzo ułatwiły im obserwację dziwacznego zgromadzenia. Nie od razu zorientowali się, co działo się przed ich oczyma, a kiedy w końcu uświadomili sobie, czego są świadkami poczuli lekki niepokój i zniesmaczenie.
- Co za psychole – podsumował z nieukrywanym obrzydzeniem średniego wzrostu blondyn o bujnych kręconych włosach, śniadej karnacji, z małymi piegami w okolicy nosa i okularach ukrywających duże, ciemnoniebieskie bystre oczy, gdy zobaczył, jak ranili niewinne zwierzę, które wydało z siebie straszliwy pisk, a jego krwią posmarowali podbrzusze nagiej dziewczyny, którą okazała się sąsiadka chłopaka.
Od razu ją poznał. Właściwie to rozpoznałby dziewczynę wszędzie, w końcu podkochiwał się w niej niemalże od momentu, kiedy w ogóle zaczął interesować się płcią przeciwną. Ona jednakże nie zwracała na niego najmniejszej uwagi, pomimo, że nie był nie wiadomo jak nieatrakcyjny. Nie należał do przystojniaków, za którymi wzdychały całe sznury dziewczyn, ale też nie był brzydki. Po prostu miał przeciętną urodę. Mimo to, pozostawało mu obserwowanie i wzdychanie do niej z daleka. Powoli stawała się jego obsesją. Wiedział o niej dosłownie wszystko. A przynajmniej tak myślał do tej pory. Okazało się, że jednak nie zna dziewczyny nawet w połowie. Dzisiejsze odkrycie niemało go zaszokowało. Zwłaszcza, gdy jego ideał zaczął uprawiać seks z jakimś sporo starszym od siebie mężczyzną na oczach wszystkich zebranych tam ludzi, którzy nie przerywając śpiewów obserwowali erotyczny pokaz.
- To lepsze od Redtuba – gwizdnął jego najlepszy przyjaciel Archie, z zafascynowaniem obserwując pozornie intymną scenę. – Wcale się nie dziwię, dlaczego tak za nią szalejesz. Wow! Josh! Spójrz tylko, jak ona się wygina!
Chłopak nie spojrzał. Nie był wstanie znieść tego widoku. W jednej chwili cały wyidealizowany przez niego obraz Vicky runął w posadach. Czuł zbierające w nim obrzydzenie, gorycz i coraz większą złość. Ależ był zaślepiony. Jak to możliwe, że przez tyle lat nie dostrzegał jej prawdziwej natury? Czyżby był aż tak omamiony niewątpliwą urodą dziewczyny?
Victoria była śliczną, filigranową nastolatką. Miała delikatne rysy twarzy, porcelanową cerę, duże, pełne usta w kolorze ciemnej wiśni, głęboko osadzone zielone oczy, które wieńczyły długie, czarne rzęsy i blond włosy sięgające pasa, które upodabniały ją do lalki Barbie. Jej uroda była niemalże diabelska. A szczególnie teraz Josh nie widział żadnych przeszkód, by nie użyć tego określenia. Tak, Vicky była diabelsko piękna. On sam czuł się przy niej, jak nic nieznaczący robak wobec motyla, który był nieuchwytny i co gorsza skrywał w swoim wnętrzu ohydę. Victoria Worthington była satanistką. Nie był religijny, właściwie nie wierzył w Boga podobnie, jak cała jego rodzina, ale to odkrycie nim wstrząsnęło.
Joshua nie chciał dłużej pozostawać w tym miejscu. Zobaczył już wystarczająco dużo, by mieć, o czym myśleć przez najbliższe kilka dni, o ile nie dłużej. Chciał dać znać Archie’owi, żeby zawrócili do domu, kiedy zaczęło dziać się coś dziwnego.
Ni stąd ni zowąd zaczął wiać bardzo silny wiatr, pod którego siłą drzewa poczęły się niebezpiecznie uginać. Z każdą chwilą wzrastał na sile. Świeczki, które paląc się stanowiły jedyne źródło światła, zgasły. Ludzie odprawiający dziwaczne obrzędy poruszyli się zaniepokojeni i mówili bardzo nerwowo. W ich zachowaniu można było wyczuć strach. Egipskie ciemności nie trwały jednak długo, kiedy świece ponownie zapłonęły.
Josh był przekonany, że zapalili je sataniści, ale oni patrzyli na siebie z przerażeniem odmalowanym na twarzach. Świece znowu zgasły, by po chwili ponownie się zapalić. I tak w kółko.
Nieproszeni obserwatorzy przyglądali się niecodziennemu zjawisku, jak zahipnotyzowani. Sataniści przerażeni zerwali się na nogi. Zaczęła się wrzawa. Część osób niemalże biegiem skierowała się w stronę lasu i nie trwało długo, kiedy inni ruszyli ich śladem. Wyczuwało się w postawie tych ludzi wielki lęk. Jedno było pewne. Coś się działo.
Nie uszli daleko. Właściwie zdołali zrobić kilkanaście kroków, gdy buchnął wielki ogień, który otoczył uciekinierów kołem. Ludzie zaczęli przeraźliwie krzyczeć, wzywać pomocy. Ten strach udzielił się również siedemnastolatkom.
Ognisty krąg robił się coraz wyższy i kurczył się do środka, jakby chcąc pochłonąć osoby znajdujące się w jego jądrze. A jego płomienie stały się większe od wzrostu przeciętnego człowieka.
Do uszu siedemnastolatków ukrytych w gęstwinie drzew dochodziły krzyki ludzkie, które z każdą sekundą nabierały na sile, stawały się coraz bardziej zdesperowane, aż w końcu przerodziły się w przeraźliwe wycie, jakie towarzyszy palącym się żywcem. Oniemieli wpatrywali się w płonące ludzkie sylwetki, które wyginały się pod wpływem trawiącego je ognia. Ci, których ogień jeszcze nie dosięgnął, rozpaczliwie wzywali pomocy, ale równie szybko ich nawoływania umilkły. Wszystko wskazywało na to, że zginęli w straszliwych męczarniach.
Joshua jako pierwszy otrząsnął się z szoku i wybiegł na plac. Nie był człowiekiem czynu, ale w tej chwili w jego głowie pobrzmiewało jedno słowo – Vicky. Sam nie wiedział, co chce zrobić. Nie mógł nawet dopuścić do siebie myśli, że dziewczyna spłonęła. Pospiesznie rzucił się w stronę kręgu ognia nadal tańcującego pośrodku placu; nadal złowieszczego i wydawać by się mogło, że niezwykle zadowolonego z dzieła, którego dokonało. Pochłonął tyle ludzkich istnień, ale dla Josha liczyła się tylko ona. Może i okazała się inna niż sądził, ale nie zasługiwała na taki koniec. Tylko, że to nie miał być koniec. To był dopiero początek.
* Rex tremendae maiestatis [ reks tremende majestatis ] (łc.) królu mocy przeraźliwej.